05. Szlak św. Jakuba do Santiago de Compostela. Odcinek hiszpański.

                                           

    Pielgrzym na Camino zabiera ze sobą dwa rodzaje bagażu: plecak z wyposażeniem - na początku nadmiernym i niepotrzebnym, którego pozbywa się stopniowo w pierwszych albergach oraz drugi, niekiedy większy ciężar – swój bagaż życia: rany z przeszłości, które nie chcą się zabliźnić, kłopoty rodzinne trudne do przemyślenia w codziennym biegu, przyrzeczenia, intencje... Czasem wyrusza nie do końca zdając sobie sprawę, że na Camino będą go szczególnie uwierać. Właśnie tutaj, gdzie ma się więcej czasu, by zatopić się w swoich myślach, gdzie czas płynie powoli. Tu również wspomina się tych, których już nie ma, bo los chciał, by wcześniej zakończyli swoją wędrówkę na Ziemi. "Pijmy wino za kolegów, co się niby iskry tlą, których jakiś Bóg przeznaczył na złom..." (Piotr Fronczewski). Nawet na szlaku stoją symboliczne krzyże w miejscach, w których pielgrzymi zakończyli swój żywot, bo nie podołali trudom wędrówki. Symbolem tych trosk i grzechów jest kamień, który pielgrzym zabiera z progu swego domu i niesie prawie do końca szlaku. Składa go wysoko w górach w miejscu, które nosi nazwę Cruz de Ferro (Żelazny Krzyż). Tu już z daleka widać pagórek utworzony z kamieni, obrazujących ciężar ludzkich wyrzeczeń, kłopotów, trudu i tragedii. Od wieków, od wielu pokoleń, przynoszą je ludzie wierzący i ateiści, biedni i bogaci, kobiety i mężczyźni, dzieci i starcy. Ludzie ze wszystkich zakątków świata o różnym kolorze skóry. Wielu odzyskuje tu spokój. Camino to niepowtarzalny szlak. Daje poczucie nieskrępowanej wolności. Z pewnością jest to niezapomniana przygoda. Niektórzy po powrocie do domu całkowicie zmieniają swoje życie. 

Często po Camino nic nie jest już takie samo.

Album ze zdjęciami znajduje się tutaj.

    Pomysły na kolejne wyprawy rodzą się z dużym wyprzedzeniem. Czasem w harmonogramie przeplatają się wzajemnie, zmienia się ich kolejność. Tak też było z zamiarem wyruszenia szlakiem św. Jakuba do Santiago de Compostela. Wędrując w różnych miejscach, spotykałem znak żółtej muszelki, oznaczającej Camino, szlak do Santiago. Charakterystyczne muszelki znajdują się na drzewach, kamieniach i budynkach.

W Polsce odnosiłem wrażenie, że każda gmina postawiła sobie za punkt honoru mieć u siebie chociażby fragmencik takiej trasy. Biegały one sobie w różnych kierunkach bez ładu i składu. Zaczynały i kończyły znienacka za kolejnym budynkiem, czy na następnym drzewie lub kamieniu. Muszelki miewały różny wygląd i zwrócone były jak popadnie. Powinne być usytuowane w jednym, właściwym kierunku lecz z tym bywa różnie, nie tylko w Polsce. W Hiszpanii zawsze są uzupełniane żółtą strzałką, która nigdy nie wprowadza w błąd. Na nią głównie zwraca się uwagę. W necie też różnie z tym bywa, ale są również ujednolicone opracowania i oznakowania. Są nawet ślady tras w postaci gpx. Toć to już XXI wiek! Tylko dawni pątnicy kierowali się słońcem.

Dostęp w kraju do informacji turystycznych i przewodników w postaci książek o Camino, jest obszerny. Na szlaku w albergach i punktach informacji turystycznej też się trafiają. Poza tym "szlak francuski", którym jechaliśmy, jest bardzo dobrze oznakowany w terenie i można obejść się bez mapy. Ja w domu, w prezencie przed wyjazdem, otrzymałem bardzo ciekawe wydawnictwo składające się z dwóch książek pod wspólnym tytułem „Santiago de Compostela”, autorów Zbigniewa Iwańskiego i Andrzeja Kołaczkowskiego – Bochenka. Jedna książka większego formatu, jest poradnikiem i druga, mniejsza (żeby zmieściła się w plecaku) jest przewodnikiem z dużą ilością mapek i planów miasteczek oraz niezbędnymi adresami na szlaku. Trzeba podkreślić, że Camino jest szlakiem pieszym. Stąd też biegnie często nieutwardzonymi ścieżkami i duktami leśnymi. Na wybrzeżu Bałtyku wiedzie niekiedy tuż po koronie klifu, by po kolejnych sztormach przepaść gdzieś na plaży.

Przed wyjazdem, w rejonie Ustki, spotkałem w nadmorskim lesie dwóch pielgrzymów wędrujących do Santiago. Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę. Szli dobrym tempem, ale to nie dla mnie. Zdawałem sobie sprawę, że na pieszą wyprawę się nie zdecyduję. Od początku myślałem wybrać się rowerem, ale nie drogami asfaltowymi. To wielu potrafi i niewiele ma to wspólnego ze szlakiem Św. Jakuba. Pewnego razu natknąłem się w necie na biuro turystyczne „Rowerzysta – Podróżnik”, organizujące wyjazdy rowerowe po Europie i od razu wiedziałem, że to jest to. Wyruszyłem z nimi.

    Historia Santiago de Compostela rozpoczęła się w 813 roku, kiedy biskup Teodomiro potwierdził odkrycie grobu św. Jakuba, jednego z 12 apostołów. W miejscu grobu zbudowano katedrę, która od ponad 1000 lat jest miejscem kultu i oprócz Rzymu i Jerozolimy, jednym z trzech najważniejszych celów pielgrzymek świata chrześcijańskiego.

Z Polski do granicy francusko - hiszpańskiej dojechaliśmy w kilkunastoosobowej grupie dwoma busami, z których jeden wiózł w krytej przyczepie nasze rowery i bagaże. Rowerami przejechaliśmy najsłynniejszą trasą, tzw. Camino Frances, rozpoczynając ją w Roncesvalles, malutkiej miejscowości w Pirenejach przy granicy francusko - hiszpańskiej. Wśród kilku domostw dominuje tu potężny zespół klasztorny zakonu Agustianów z 1127 roku wraz z kościołem z XIII wieku oraz kaplicą św. Jakuba i kaplicą Sancti Spiritus, w której nadal chowani są mnisi - a wcześniej pielgrzymi, którzy zmarli w istniejącym tu kiedyś szpitalu. W klasztorze od wieków mieści się schronisko dla pielgrzymów – jedno z najbardziej charakterystycznych na całej drodze. Tu nocowaliśmy. Niezapomniane wrażenie. Roncesvalles znane jest także z opisanej w „Pieśni o Rolandzie”, bitwy z 778 roku  w pobliskim wąwozie Roncevaux, w której zginął Roland. 
Do Santiago szlak liczy około 800 km, my pojechaliśmy jeszcze dalej, jak pielgrzymi, którzy chcieli dojść do końca Ziemi, na Przylądek Finisterra (Koniec Ziemi, po galicyjsku Cabo Fisterra), uznawany w średniowieczu za najbardziej na zachód wysunięty kraniec Europy i tym samym koniec świata (stąd nazwa). W rzeczywistości punktem tym jest Przylądek Roca w Portugalii. Właśnie na Przylądku Finisterra znajduje się kamień z zerowym kilometrem szlaku, a wielu pielgrzymów do dziś uznaje to miejsce za koniec wędrówki. Pielgrzymi szli tu, by zabrać na pamiątkę muszle i spalić znoszone buty i ubrania, co miało symbolizować ich oczyszczenie po odbyciu pielgrzymki. Dziś również znajdują się tu ślady ognisk. Ja akurat nie miałem przy sobie zapałek.

Symbolem łączności z krajem był polski mały proporczyk, który każdy dostał do roweru od Organizatora. Dzięki niemu wielokrotnie na Camino pozdrawiało nas lub podchodziło, wielu Polaków. Inaczej nigdy byśmy się nie spotkali. Również na innych swoich wyprawach jeżdżę z polskimi barwami. Natomiast dodatkowo każdego pielgrzyma wyróżniała charakterystyczna biała muszla przytwierdzona do plecaka lub roweru, charakterystyczny znak na szlaku św. Jakuba. Około 90% trasy przejechaliśmy szlakiem pieszym, momentami trudno przejezdnym dla roweru, pomimo że w pobliżu lub obok biegły drogi asfaltowe. Na rowerach pokonaliśmy łącznie ponad 900 km. Całkowite przewyższenie trasy wyniosło około 11 300 m.

Była to dotychczas moja najtrudniejsza wyprawa rowerowa ze względu na trudny teren, zwłaszcza w górach, gdzie szlak zmieniał się w kamienistą ścieżkę, luźne szutrowe i kamieniste nawierzchnie, liczne podjazdy i kłopotliwe zjazdy, po których rowery również trzeba było sprowadzać. Wielokrotnie też trzeba było je pchać pod górę. Zdarzały się upadki, a raz nawet konieczność wizyty w szpitalu i założenia kilku szwów. Cierpiały też rowery. Oprócz drobnych awarii, doszło do zerwania łańcucha, a także do powyginania na skałkach zębatek w kasecie. Kolega musiał kupić nową. Ja na szczęście przebyłem szlak św. Jakuba beż strat. Dopisywało mi szczęście, tak jak przy najgorszym moim wypadku w Gruzji, gdzie kolega zajechał mi drogę.

Tutejsza wyprawa wymagała pewnego przygotowania kondycyjnego, by można było się nią cieszyć, lecz z tym przygotowaniem wśród uczestników różnie bywało. Średnie dzienne przewyższenie wyniosło około 870 m. Zaczęło się przejazdem przez Pireneje, ale najtrudniejsze i najdłuższe wzniesienia do pokonania były przy końcu trasy, na granicy regionu Bierzo i Galicji. Wszyscy zapamiętaliśmy podjazdy do wiosek Foncebadon i O Cebreiro. Tu fory mieli uczestnicy na rowerach górskich z przełożeniami, o których właściciele trekkingów – w tym i ja – mogli sobie pomarzyć. Ale z takimi trudnościami spotykałem się wielokrotnie na moich innych wyprawach, jeżdżąc z czterema pełnymi sakwami. W końcu to nie były Alpy czy Gruzja z podjazdem do Uszguli i dalej na przełęcz Zagaro 2623 m npm na Kaukazie, na słynnej Pętli Swanetii i noclegi pod namiotem na zbliżonych wysokościach. Przyznać jednak muszę, że tutaj też łatwo nie bywało.


Dokumenty pielgrzyma i statystyka

Na początku szlaku każdy pielgrzym wykupuje sobie za 2 – 3 euro, paszport pielgrzyma (Credencial del peregrino), w którym systematycznie zbiera na trasie pieczątki. My nabyliśmy go oczywiście od razu w Roncesvalles. Można go też sobie wcześniej wydrukować z netu. Jest to konieczne do potwierdzenie przebycia trasy i otrzymania w Santiago specjalnego certyfikatu (compostelki), dumy każdego pielgrzyma. By go otrzymać, trzeba ostatnie 100 km szlaku przebyć pieszo lub konno, albo ostanie 200 km na rowerze. Pieczątki można otrzymać w wielu miejscach. Bywa, że w zabytkowych obiektach przytwierdzone są łańcuchem i credencial stempluje się samemu. Bywają różnorodne. Mają różne kształty i wielkości, są czarne, zielone, czerwone itp. Większość z nich ma symbole związane ze szlakiem św. Jakuba lub danego obiektu. Niektórzy z nas trafili na pieczęcie lakowe, będące powodem szczególnej dumy. Statystyki Biura Pielgrzyma Camino de la Vida z Santiago de Compostela z lipca 2017 roku, zakładają przekroczenie do końca roku, bariery 5 000 pielgrzymów z Polski. Ich liczba wyraźnie rośnie z roku na rok. Łączna liczba pielgrzymów może przekroczyć 300 tysięcy w skali całego roku. Średnio dziennie w Biurze Pielgrzyma zgłasza się po compostelkę 1535 osób. Wśród nich bywa 33 Polaków. Najwięcej pątników różnych narodowości przybyło 29 lipca - 2530 osób, a Polaków - 24 lipca, aż 218 osób (najprawdopodobniej grupy zorganizowane).

Wędrówkę można rozpocząć w dowolnym miejscu Europy czy świata. Znany Marek Kamiński rozpoczął ją w Kaliningradzie i było o nim głośno, bo stać go na autoreklamę. Każdy dzień kończył wieczorną prelekcją w jakichś klubach. Ja byłem na takim spotkaniu w Ustce. My na Camino spotkaliśmy dwóch młodzieńców, którzy szli z namiotami ze Śląska przez 4 miesiące, pokonując dziennie po około 30 kilometrów. Tylko przez Szwajcarię szli szybciej, po 50 kilometrów, ponieważ koszty utrzymania były tam dla nich za wysokie. Chapeau bas, pełen szacun! 


Organizacja

Noclegi mieliśmy zarezerwowane. Na szlaku było ich 14 w schroniskach dla pielgrzymów, tzw. albergach (albergue), które od wieków prowadzone są przez zakony, parafie, samorządy miejskie lub prywatne osoby. Ceny ich wahają się w granicach 8 – 10 euro, niekiedy podobno tylko 3 - 5 euro lub wręcz "co łaska". Albergi nierozerwalnie kojarzą się z Camino.

Miejsca w pokojach dostępne są dla osób posiadających credencial (paszport pielgrzyma). Nocuje się w wieloosobowych salach na piętrowych łóżkach. Standard ich podobno bywa różny. Dla nas wybrano takie, które nie budziły zastrzeżeń. Panuje w nich niepowtarzalna atmosfera wspólnoty, otwartość na innych, przygotowywanie posiłków we wspólnych kuchniach, wymiana wrażeń. Bywa, że piesi pielgrzymi spotykają się wielokrotnie na noclegach mimo, że wędrują osobno. Wszędzie były łazienki z ciepłą wodą, pralnie i suszarnie oraz bezpłatny dostęp do internetu, a także miejsca dla rowerów. Ciekawostką jest fakt, że buty pozostawiano na zewnątrz 
na specjalnych półeczkach. Mieliśmy pełen przegląd tego, w czym piechurzy przemierzają szlak św. Jakuba. Niekiedy obuwie było w ostatnim stadium swego żywota. Zdarzały się też buty porzucane na trasie, nie nadające się do dalszej wędrówki, bo nawet doraźne sklejanie nie pomagało. Ponieważ jechaliśmy w grupie kilkunastoosobowej, zwykle w całości opanowywaliśmy te albergi i czuliśmy się w nich jak u siebie. Niekiedy już po zgaszeniu światła, trwały jeszcze wieczorne Polaków rozmowy. Szczególnie wtedy, gdy na kolację zawinszowaliśmy sobie więcej wina.
Czasami ze względu na chrapanie, przydawały się zatyczki do uszu. W takich okolicznościach problem jakiegoś niebezpieczeństwa czy kradzieży dla nas nie istniał, chociaż niekiedy o nich czytałem. Obiadokolacje można było przygotowywać sobie we własnym zakresie, ale zwykle jadaliśmy grupowo w pobliskich restauracjach, zamawiając specjały miejscowej kuchni. Dla pielgrzymów były specjalne zniżki i posiłki z winem kosztowały około 10 euro. W kartach było to tzw. "menu pielgrzyma" z możliwością wyboru spośród kilku dań. Niekiedy bywały więc i różnorodne ślimaki, i ośmiornice. Pobudka odbywała się zawsze przed świtem, a na szlak wyruszaliśmy o ósmej, niekiedy jeszcze o zmroku. Po śniadaniu przygotowywanym przez organizatora oraz sporządzeniem sobie prowiantu na drogę i porannej odprawie, z omówieniem dziennej trasy, otrzymywaliśmy szczegółowe mapki. Szczególną uwagę przyciągały na nich pionowe wykresy trasy. Piechurów już o tej porze zwykle w albergach nie było. Wyruszali w trasę nawet z latarkami – czołówkami. Widzieliśmy ich wśród pagórków jak ruchome świetliki. Im bliżej Santiago, tym więcej ich było. O poranku temperatury bywały różne. Kilkakrotnie wyruszaliśmy przy 4 – 6 stopniach. Potem było gorąco, więc dało się jechać jedynie w krótkich spodenkach i cienkich koszulkach, a był to październik. W Polsce panowały wtedy słoty i chłód. Wszyscy czekali tam  na babie lato, które nie przyszło. Cały wielki bagaż przewoziły nasze busy, odbieraliśmy go sobie wieczorami przed noclegami. Wielką zaletą dla mnie była pełna dowolność dojazdu do kolejnego noclegu. Wcale nie trzeba było jechać zwartą grupą. Rozbijaliśmy się na wiele podgrupek, często jechałem w pojedynkę. Oprócz dobrze oznakowanej trasy w terenie, dysponowaliśmy też śladami gpx, otrzymanymi od organizatora oraz adresami kolejnych noclegów. Jechało się więc jak po sznurku. W ciągu dnia spotykaliśmy się jednak kilkakrotnie w całej grupie przy jakichś kafejkach lub zabytkach i wymienialiśmy się wrażeniami. Słychać było okrzyki radości, ale i zwątpienia z powodu trudności na skalistych ścieżynkach. Pocieszaliśmy się wzajemnie i dalej brnęliśmy do przodu. "Dasz radę" - jaki to miły zwrot i tak niewiele kosztuje. Czasem dziwiłem się, że niektóre odcinki mogły sprawiać kłopot.


Opis szlaku i przygód

Trasa prowadziła przez regiony Navarra, La Rioja, Castilla y León (Burgos, Palencia, León) i Galicia, a wędrówka dawała wszelkie możliwości doznawania piękna natury i kontaktu z historią. Pierwszego dnia przejechaliśmy Pampelunę słynącą z Encierros, czyli przepędzania byków wąskimi ulicami starówki na arenę walk. Dalej wędrowaliśmy wśród zielonych gajów oliwnych i winnic o kamienistym podłożu (z upraw winorośli słynie region La Rioja), przez miasta z zachowaną architekturą średniowieczną, ale też przez dwa – trzy dni, za Burgos, jechaliśmy przez niemalże pustynny, bezdrzewny pofałdowany płaskowyż o przygaszonych szarych i beżowych odcieniach. Przywodziło mi to na myśl poludniową Hiszpanię w regionie Sewilli, z jej hiszpańskim biegunem gorąca. Ten szlak, liczący sobie nieco ponad 1000 lat jest jednym z najczęściej uczęszczanych szlaków św. Jakuba. Niezapomnianym epizodem na trasie jest pobyt w Irache, gdzie przy XII-wiecznym klasztorze cysterskim (Monasterio de Irache) istnieje w ścianie „źródełko”, z którego nieustannie można napić się wina z klasztornych piwnic. 
Okolice dużego średniowiecznego miasta Burgos mają charakter przemysłowy. Tu mieściła się siedziba królów Kastylii z imponującą gotycką katedrą Santa Maria, wpisaną na listę Światowego Dziedzictwa Kultury. Tutaj mieścił się, najlepszy po Santiago, szpital dla pielgrzymów. Za Burgos rozpoczyna się prawie stepowy krajobraz rozległego płaskowyżu. Za jednym wzniesieniem pojawia się następne. Dalej zaczynał się region, będący dawniej pod wpływem zakonu Templariuszy. Pomimo, że był to początek października, często doskwierał nam bezwietrzny upał i kurz kamienistych, bądź piaszczystych dróżek o rdzawoczerwonych lub spopielałych barwach. Na każdym postoju szukaliśmy cienia pod drzewami lub parasolami kafejek. Już na początku trasy rowery, sakwy i buty pokryły się trudno usuwalną warstwą pyłu, na którą z czasem nakładały się różnokolorowe kolejne warstewki. Niekiedy można było umyć rowery, ale w perspektywie czasu, była to praca syzyfowa. Trzeba było się pogodzić z tym, że przy każdym sięganiu do sakw mieliśmy zakurzone ręce. Zalety wieczornych pryszniców trudno byłoby przecenić. 
Równina, na której leży miasto Leon ma charakter rolniczy. Teren jest poprzecinany dolinami licznych rzek. Historia miasta sięga 68 roku pne, gdy stacjonował tu obóz legionu rzymskiego. Miasto było stolicą dawnego Królestwa Leon i siedzibą królów. Szczególnie cenna jest katedra Santa Maria de Regla z XIII-XV wieku, uważana za najlepszy przykład gotyckiego kościoła w Hiszpanii. Wnętrze katedry doświetlane jest przez 125 okien z około siedmiuset witrażami. Jest to drugi największy na świecie zespół witraży.

Dalej w Puente de Villarente znajduje się średniowieczny, długi kamienny most na rzece Porma o 20 przęsłach. W regionie Marageteria leży Astorga, uznawana za hiszpańską stolicę czekolady. Dominującymi  budynkami, z kompletnie przeciwstawnym charakterem, są tu późnogotycka katedra z XV-XVII wieku i Pałac Biskupi (Palacio Episcopal), zaprojektowany przez Antonio Gaudiego.

Za Astorgą pniemy się stopniowo w kierunku gór Leon, nazywanych też Monte Irago, by z trudem dotrzeć do Foncebadon, ostatniego miasta tego regionu. Tuż za nim, na szczycie przełęczy (1504 m npm) stoi słynny żelazny krzyż - Cruz de Ferro - ustawiony na wysokim pięciometrowym pniu i kopcu, ułożonym z kamieni symbolizujących grzechy, przyniesionych przez rzesze pielgrzymów. Stąd wreszcie rozpoczyna się zjazd, prowadzący wśród lasów dębowych i iglastych, do historycznej miejscowości Molinaseca, z rzymskim mostem, wiekowymi domami z balkonami i podcieniami. Za kilka kilometrów wjeżdżamy do Ponferrady, stolicy regionu. Góruje nad nią majestatyczna twierdza Templariuszy, z potrójnymi murami i 12 wieżami. Miasto należało do Templariuszy pomiędzy XII i XIV wiekiem.
Za Villafranca pedałowaliśmy wzdłuż krętej i wąskiej doliny rzeki Valcarce. Wyruszyliśmy o świcie w temperaturze 4 stopni, która w zamglonej i wilgotnej dolinie utrzymywała się dosyć długo. Po drodze minęliśmy dwa namioty ze zmarzniętą młodzieżą, niedoświadczoną turystycznie, bo wybrali najgorsze miejsce z możliwych. Co z tego, że wieczorem mogło być malownicze. Dolina porośnięta była lasami dębowymi i kasztanowcami. Punktem kulminacyjnym było zdobycie przełęczy O Cebreiro 1 320 m npm, stanowiącej granicę między regionem Bierzo a Galicją. Ostatnie osiem kilometrów przed szczytem jest stromym podjazdem. Niekiedy trzeba było podprowadzać rowery. Tu już było gorąco. Po drodze roztaczały się rozległe górskie panoramy. Pomiędzy pasmami górskimi los Ancares i Sierra do Courel leży maleńka wioska O Cebreiro. Wioska powstała dla pielgrzymów, a od XII do XIX wieku mieściła szpital. Zachował się do dziś zespół galicyjskich kamiennych domów, krytych słomianymi strzechami oraz kościół.
Dalej krętymi dróżkami dla pieszych, dotarliśmy do położonego nad zalewem Belesar i rzeką Miño miasta Portomarin. Historyczna część miasta, leżąca w dolinie rzeki, została zalana podczas budowy zalewu. Jechaliśmy przy niższym poziomie wody i dlatego mieliśmy rzadką okazję podziwiać wystające ruiny starej części miasta. Nowe Portomarin zbudowano na wysokim brzegu w 1962 roku. Przeniesiono do niego kilka zabytków, w tym najsłynniejszy kościół San Nicolas.

Dalej do Palas del Rei jechaliśmy przez obficie zagospodarowany region, w którym pomiędzy sosnowymi lasami i eukaliptusowymi gajami ciągnęły się polany i pastwiska z wieloma szarymi, kamiennymi galicyjskimi wsiami. Tutaj na podwórkach przykuwały naszą uwagę niewielkie budowle, których nie spotykałem nigdzie indziej. Są to tradycyjne spichlerze (hórreos) do przechowywania ziarna, zarówno stare jak i zupełnie współczesne. Posadowione są dosyć sprytnie na wysokich postumentach, uniemożliwiających dostanie się do ich wnętrza rozmaitym gryzoniom. Po drodze zatrzymaliśmy się w jednej z ważniejszych historycznych miejscowości  Melide z licznymi kościołami. Jest tu jeden z najstarszych w Galicji kamienny krzyż. Tu weszliśmy do znanej Pulperii – knajpki, do której wstępują pielgrzymi, by skosztować tradycyjną galicyjską ośmiornicę – Pulpo Gallego, co i ja zrobiłem z zadowoleniem. 

Kolejny region słynie z produkcji serów.

W jedenastym dniu wędrówki, poprzez liczne wzniesienia i doliny rzek, krętymi ścieżkami dojechaliśmy w okolice długo oczekiwanego Santiago de Compostela. Po drodze zwiedziliśmy słynne Wzgórze Radości (Monte do Gozo), z którego widać już wieże katedry w Santiago. Stoi tu znany, wielki pomnik dwóch pielgrzymów w charakterystycznych kapeluszach z laskami i tykwami, spoglądających na miasto. Byłem też w polskim albergue, będącym integralną częścią tego wzgórza, zwanym Centro Europeo de Peregrinación Juan Pablo II. Dla większości pielgrzymów jest to ostatni punkt postojowy na Camino. Schronisko od grobu św. Jakuba dzieli zaledwie 5 kilometrów. Do miasta dojechałem w niewielkiej podgrupce, z kilkoma przyjaciółmi. Na rogatkach, pełni euforii, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie – a jakże, oczywiście pod tablicą z nazwą miejscowości. .Potem udaliśmy się na plac Obradoiro z katedrą, w której w srebrnej trumnie znajdują się relikwie Św. Jakuba Apostoła i odstaliśmy swoje w kolejce do pobliskiego biura, gdzie na podstawie pieczątek w credencialu, otrzymaliśmy certyfikat wypisany po łacinie, wieńczący naszą wyprawę.
Stare miasto jest wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO i mieści wiele zabytkowych kościołów, klasztorów, pałaców, domów i uchodzi za jedno z najpiękniejszych w Hiszpanii. Kluczowym miejscem jest oczywiście katedra. Teraz była częściowo zasłonięta rusztowaniami w trakcie trwającego remontu, mającego zakończyć się wiosną. Najsłynniejsze wejście do niej prowadzi przez  Portyk Chwały (Portico de la Gloria) z 1188 roku. Jest on arcydziełem europejskiej sztuki romańskiej. Figura twórcy portyku Mistrza Mateo, znajduje się wewnątrz katedry.

W centralnym ołtarzu znajduje się figura Św. Jakuba, którą można objąć, a pod ołtarzem srebrna trumna, gdzie przechowywane są relikwie świętego Jakuba. W katedrze znajduje się największe na świcie kadzidło – botafumeiro – uruchamiane podczas szczególnie doniosłych mszy świętych dla pielgrzymów o 12:00 w południe. W drodze wyjątku za opłatą chyba 400 euro, uruchamiane jest również na innych mszach, jeśli jakąś grupę pielgrzymów na to stać. Mieliśmy okazję zobaczyć te podniosłe chwile, zapewne dzięki jakimś hojnym rękom. W dodatku siedziałem w pierwszej ławce!

Nazajutrz wyruszyliśmy dalej na zachód szlakiem dawnych pielgrzymów wędrujących tędy od IX wieku, nad Ocean Atlantycki do Przylądka Finisterra (po galicyjsku Cabo Fisterra). W tamtych czasach uznawany był on za koniec znanego świata, który jest tradycyjnym końcem każdej pielgrzymki. Jadąc labiryntem górskich ścieżek przez małe, wiekowe galicyjskie miasteczka, kamienne wioski i średniowieczne mosty, spotykaliśmy dobrze już znane spichlerze (hórreos). Wreszcie ostatniego dnia, po wielu wapiennych wzniesieniach docieramy do O Cruceiro da Armada, zwanego górą radości. Stąd właśnie po raz pierwszy rozpościera się widok na ocean. Co za wspaniałe i rozpierające uczucie, skłaniające do refleksji i zadumy nad przebytą drogą. W oddali, za błękitną zatoką zalaną słońcem, zarysowuje się ciemny, tajemniczy półwysep Cabo Fisterra – cel podróży. Jak to? To już będzie koniec wędrówki?

Końcowa część szlaku wiedzie nad oceaniczną zatoką. Jechaliśmy raz dołem przez wioski i porty rybackie położone nad samym brzegiem, tuż za skalistymi plażami, raz po stromych zboczach. Zdarzały się również plaże jaskrawobiałe piaszczyste, na których zbieraliśmy muszle, będące od wieków symbolem Drogi św. Jakuba i dowodem na jej przebycie.
Ostatnią miejscowością jest  niewielka portowa Fisterra, o stromych uliczkach, gdzie spędziliśmy ostatni  wieczór i nocleg. Tutaj też zażyliśmy wreszcie kąpieli w oceanie i otrzymaliśmy kolejny certyfikat wieńczący przebycie szlaku na koniec świata – zwany Fisterrana.

Na samym skalistym, granitowym i stromym Przylądku Finisterra z latarnią morską, są miejsca gdzie pielgrzymi dokonują  rytualnego palenia swoich szat i obuwia, co symbolizuje pożegnanie się ze starym i rozpoczęcie nowego  etapu w życiu. Tutaj też znajduje się początkowy, zerowy słupek z żółtą muszelką i pomnik spiżowego rozczłapanego, pielgrzymiego buta.

Odtąd w życiu nic nie jest już takie samo.


Comments