02. Wisła - Odra



Album ze zdjęciami znajduje się tutaj

Trasa miała długość prawie 700 km. Przejechałem ją w maju z kolegą. Wyjechaliśmy z Bydgoszczy i jechaliśmy na zachód. Co prawda jest to szlak wodny, ale wybraliśmy się wzdłuż niego rowerami. Po drodze były śluzy, śluzy, śluzy… Z wodniakami mogliśmy mieć wiele wspólnego, ale ich nie było. Rowerzystów zresztą, też nie. Tymi wspólnymi punktami byłyby pola noclegowe przy każdej ze śluz. Korzystaliśmy z nich, jeśli akurat wtedy wypadał nam nocleg. Przy okazji zaliczałem kolejne gminy w cyklu Zdobywców Gmin. Obsługa śluz była dla nas przyjazna i pomocna. Mogłem zawsze doładować komórkę, power banki lub baterie. Wędrowaliśmy trasą, którą zaplanowałem sobie już chyba dwa lata wcześniej lecz ciągle czekała w kolejce wśród innych. Udało nam się zwiedzić prawie wszystkie z około dwudziestu śluz. Wiodła północną częścią Wielkiej Pętli Wielkopolski. Może kiedyś pojadę nią dalej?

Droga wodna Wisła-Odra, to szlak żeglugi śródlądowej o długości 294,3 km, łączący Wisłę z Odrą. Prowadzi z Bydgoszczy do Kostrzyna nad Odrą rzekami: Brdą, Kanałem Bydgoskim, Notecią i Wartą. Szlak stanowi fragment drogi wodnej E70, jednej z trzech międzynarodowych dróg wodnych kraju. Stanowi jedyne istniejące w Polsce połączenie wschodniego i zachodniego systemu europejskich dróg wodnych. Prowadzi przez trzy województwa: kujawsko - pomorskie, wielkopolskie i lubuskie. Pomimo, że brzmi to dumnie, a pogoda była wspaniała, śluzy sprawne i funkcjonujące, to nikt tędy nie przepływał. Podobno kajakarze pojawią się dopiero w okolicach Bożego Ciała, gdy będzie trochę wolnych dni. W międzyczasie przepłynął  w przeciwnym kierunku tylko  jeden jacht motorowy jakiejś obcej banderki, ale my go nie widzieliśmy. Na śluzach towarzyszył nam upalny marazm i huk przelewanej wody. Jeśli trzeba było rozstawiać namioty w pobliżu śluz, to wzajemna komunikacja głosowa między nami była utrudniona. Miało to też swój urok, bo jeszcze w takich warunkach nie bytowałem. Najcichszy był chyba drugi nocleg nad samą Notecią przy śluzie Krostkowo. Położona jest wśród rozległych łąk, nad którymi wieczorem uwijało się rozmaite ptactwo. Z dala słychać było żurawie. Nad mokradłami polował myszołów. Było ciepło. Słońce zachodziło tu wyjątkowo pomału. Gdzieś dalej mijaliśmy Zapomniany Szlak  Kolejowy między Pruszczem, a Świekatowem. Pasjonaci kolejnictwa uruchomili na tej linii okazjonalne kursy drezynowe, podobne do tych w naszych stronach w Barnowie, gdzie nazywa się to Pomorską Koleją Drezynową. Kilkakrotnie mijaliśmy duże plansze Wielkiej Pętli Wielkopolski obrazujące ten szlak wodny, sięgający aż po Poznań i Konin.
Na skraju Puszczy Noteckiej odjechałem nieco na południe
od wielkich nizin i wspiąłem się na jedno ze wzniesień wzgórz morenowych, do zamku w miejscowości Goraj. Znajduje się tu neorenesansowy zamek, zbudowany w latach 1907-1912 dla hrabiego Wilhelma Bolka von Hochberga, ówczesnego właściciela majątku Goraj, na podobieństwo zamku Varenholz w Westfalii. Dzisiejszym gospodarzem majątku jest Zespół Szkół Leśnych. Obecnie w zamku znajduje się internat oraz kilka sal lekcyjnych.
Drugą odskocznią od wszechogarniającej nas hydrotechniki, był barokowy pałac Sapiehów w Wieleniu. Pod koniec II wojny światowej pałac został spalony i przez lata popadał w ruinę. Później go odbudowano. Pod Drawskiem natknęliśmy się na planszę upamiętniającą Drawskie Towarzystwo Kołowników, czyli rowerzystów, założone w 1912 roku.
Jechaliśmy od jednej śluzy do następnej, różnymi drogami. Były asfaltowe, leśne i polne, a także ścieżynkami przez łąki, doprowadzającymi do nich na skróty. Towarzyszył nam słodki zapach obficie kwitnących akacji, rzadko spotykanych w naszych stronach. Najpiękniejsze i najcichsze były przejazdy wałami przeciwpowodziowymi. Wokoło łąki i  błękit nieba odbijający się w toni wód. Korzystaliśmy też archaicznych, malutkich promów, napędzanych prądem rzeki. Funkcjonowały one jak chciały, a w weekendy w ogóle nie pływały. Jednego człowieka trzeba było przywoływać wielokrotnym gwizdaniem z drugiego brzegu. Przyznał nam się, że po prostu przysnął w słońcu. Przypominało mi to przeprawy promowe sprzed lat, w czasie wędrówki wzdłuż wschodniego pogranicza Polski. Taki lokalny koloryt. Pamiętam też dawne promy na Wiśle, których już nie ma, bo wybudowano ostatnio wiele olbrzymich, nowoczesnych mostów, które widywałem jadąc całą Wiślaną Trasą Rowerową, a w tym czarnym szlakiem Doliną Dolnej Wisły. Po promach pozostały na brzegach jedynie betonowe zjazdy do rzeki. Miejscowa ludność promy wspomina z rozrzewnieniem, bo dla nich była to najkrótsza droga na drugi brzeg do pracy, szkoły, do miasta, na pola. 
Dojechaliśmy do miejscowości Santok leżącej u ujścia Noteci do Warty, na wąskiej terasie pradoliny Toruńsko - Eberswaldzkiej. Na jednej z ulic jest ciekawy punkt widokowy na dolinę rzeczną. Interesujące są administracyjne losy Santoka. Obecnie położony jest w województwie lubuskim. W latach 1975–1998 administracyjnie należał do województwa gorzowskiego, a wcześniej w latach 1950 – 1975 do województwa zielonogórskiego. 
Przejechaliśmy przez Gorzów Wielkopolski, w którym mimo kapitalnego remontu katedry, udało nam się do niej wejść. Było to jedno z największych miast na naszej trasie. 
W końcowym etapie przejechaliśmy przez Park Narodowy Ujście Warty. Tu też Wartę przepłynęliśmy promem w Świerkocinie, jak przed laty, gdy jechałem wzdłuż Odry ze Szczecina do Czech
Podróż zakończyliśmy w historycznych Mieszkowicach o średniowiecznym układzie urbanistycznym. Z zabytków istnieje tu gotycki kościół parafialny z XIII-XVI wieku, fragmenty murów miejskich z basztami z XIV wieku, a na rynku stoi pomnik Mieszka I. Stąd pociągiem przez Szczecin wróciliśmy do domu.


Comments