06. Kujawska włóczęga


Tężnie solankowe w Inowrocławiu

Album ze zdjęciami znajduje się tutaj.


Wyruszyłem z Włocławka na północ wzdłuż szerokiego koryta Wisły, która teraz niosła niewiele wody i często prześwitywały łachy piasku. Rzeczne zarośla dawały nieco chłodu na postojach. Bacznie wpatrywałem się w bujną roślinność, boć przecież właśnie tego lata nad Wisłą pojawił się olbrzymi pyton, który skutecznie umykał poszukującym go zespołom ludzi. W wędrówce często zmieniałem kierunki jazdy i kluczyłem, by pozaliczać jak najwięcej gmin w tych okolicach. Przybyło mi ich tym razem 43 na mapie Zdobywców Gmin. Po drodze uczyłem się wymowy skomplikowanych nazw mijanych wiosek, których nazwy żaden obcokrajowiec nie byłby w stanie powtórzyć. Akurat dużo było ich w tych stronach. Na przykład „Przywieczerzynek”. To prawie jak stół z powyłamywanymi nogami. Mijałem też kilka wiosek o jednych z najkrótszych polskich nazw, np. Noć. Jednak wiadomo powszechnie, że najkrótszą niekwestionowaną nazwą jest Uć. Gdyby ktoś nie wiedział, jest to nazwa Łodzi. Gdzie ja też jeszcze nie bywałem tym razem? Byłem w Rzymie, Paryżu, Wenecji… Nie mogłem sobie też odmówić kąpieli w jeziorze Weneckim. W Gnieźnie na trakcie Królewskim mijałem zabawne figurki królików. Dlaczego właśnie króliki? Bo mają się kojarzyć z królami. We Wrocławiu na przykład są krasnale, o wiele sympatyczniejsze według mnie. W Inowrocławiu natomiast mijałem metrowej wysokości rzeźby średniowiecznych żaków, wykonane z brązu. Usytuowano je w różnych częściach miasta, aby zachęcały turystów do zwiedzania interesujących zabytków. Spotkałem też w rynku przechadzającą się królową Jadwigę. Jej pomnik został odsłonięty w 2001 roku.

Na początku często jechałem odcinkami Wiślanej Trasy Rowerowej.

Swego czasu przejechałem tę trasę (link) wzdłuż całej Wisły od źródeł do ujścia, około 1200 kilometrów. W dolnym odcinku nawet kilkakrotnie. Dalej droga wiła się przez rżyska i pola kukurydzy. Żadnych lasów, choć oko wykol. Niedawno przeszła porządna ulewa. Widać było ślady podtopień na polach. Wyjazd na tę włóczęgę odkładałem z dnia na dzień, właśnie ze względu na porę deszczową. U mnie na północy już minęła, ale tutaj pozostawiła jeszcze swoje ślady. Mijają kilometry za kilometrami, monotonny krajobraz Kujaw nie wróżył szybkiego znalezienia miejsca na nocleg pod namiotem. Musiałem w końcu zdecydować się na jakieś rozwiązanie. Zbliżał się czas ostatecznej decyzji, gdyż słońce było coraz niżej. Zdecydowałem się wreszcie zapytać o miejsce pod namiot, pewnego młodego człowieka w jednym z wiejskich domostw. Wioska miała rozrzuconą zabudowę. I tu wypadki potoczyły się błyskawicznie i pomyślnie dla mnie. Gospodarz z uśmiechem oświadczył, że kto pomoże człowiekowi na ziemi, to tak, jakby pomógł aniołowi w niebie. Nawiasem mówiąc myślałem, że aniołowie w swej szczęśliwości, nie wymagają już żadnej pomocy.

Miejsce w sadzie pod gruszą było satysfakcjonujące. Zebrał się wokół wianuszek dzieci, również z sąsiedztwa, skutecznie utrudniając mi wieczorne czynności. Na szczęście domownicy rychło zorientowali się, że za bardzo nie będą pomocne i szybko je odwołali. Musiałem jednak solennie obiecać, że później poopowiadam im o swoich podróżach letnika – wędrowca.  Ale potem dzieci, jak to dzieci, zamiast słuchać, nie dopuściły mnie do głosu i szybko nasze role się zamieniły. Musiałem tylko zadawać trafne pytania. Wieczorne rozmowy z gospodarzem miały zupełnie inny wymiar. Szybko przeszliśmy na tzw. życiowe tematy, jakbyśmy poznali się już nieco dawniej. Z refleksyjnym dystansem rozmawialiśmy o życiowym pośpiechu, o wychowaniu dzieci i o codziennych sprawach.  Rano wspólna kawa w domu. Poruszające rozmowy i pozytywny charakter właściciela, miały wpływ na cały pierwszy etap mojej włóczęgi. Nazajutrz znowu panował upał. Towarzyszyła mi woń rozgrzanego asfaltu, w którym w trwały sposób zapisywałem oponami ślad mojej wędrówki. Często zbaczałem z głównych dróg, zagłębiając się w cieniste lasy i polne szutry. Niekiedy spod kół zrywały się kuropatwy, które wolą biegać niż latać. Ciekły sznureczkiem stadkami w wysokich trawach. Na polach zbierały się stada bocianów liczące nawet ponad pięćdziesiąt osobników. Nastał czas jesiennych sejmików przed odlotem.

Często przejeżdżałem przez olbrzymie przestrzenie dawnych lasów, z których pozostały jedynie kikuty połamanych sosen i stosy drewna po wielkiej nawałnicy, która przetoczyła się nad północną Polską dwa lata temu. Ucierpiał wtedy nie tylko drzewostan, ale również wiele zabudowań. Straty materialne były olbrzymie. Przywodziło mi to na myśl podobną tragedię na Słowacji, której podobne pozostałości widziałem swego czasu, jadąc z kolegą rowerami wokół Tatr. To była taka trasa, którą podobno każdy rowerzysta powinien przejechać.
Jeszcze i teraz w czasie tej mojej włóczęgi nie wykluczałem jakiejś burzy. Dopadła mnie w końcu przed wieczorem, z daleka dając znać o sobie grzmotami i błyskawicami. Udało mi się znaleźć świetne miejsce na nocleg z dala od wysokich starych drzew, grożących spadającymi konarami. Była to mała luka w świerkowym młodniku. W sam raz na mój namiot i rower. Zdążyłem. Zasypiałem po kolacji komfortowo w ciemności, w otwartym namiocie przy narastających błyskawicach, grzmotach i nawałnicy. Piękne widowisko natury.

Gdzieś po drodze natknąłem się na skromny pomnik poświęcony Bartoszowi Głowackiemu, bohaterowi bitwy pod Racławicami, wzniesiony ku pokrzepieniu serc. Bitwa była starciem wojsk polskich pod dowództwem naczelnika Tadeusza Kościuszki z wojskami rosyjskimi w 1794 roku, w czasie insurekcji kościuszkowskiej. Pomnik stoi tutaj pomimo, że Racławice leżą w województwie małopolskim.

Już po dwudziestu minutach jazdy znalazłem się w kolejnym miejscu pamięci, położonym przy drodze krajowej 62 na wschód od jeziora Gopło. Była to wieś Płowce słynna z bitwy pod Płowcami z 1331 roku pomiędzy wojskami Władysława Łokietka, a oddziałami zakonu krzyżackiego. Ten pomnik jest okazały i wyniosły, a w jego sąsiedztwie stoją drewniane rzeźby dawnych polskich wojów z sumiastymi wąsami.

Stąd pojechałem na południe w stronę Izbicy Kujawskiej i potem dalekiego Gniezna. Nie mogłem pominąć po drodze Wylatowa słynącego z kręgów w zbożu, leżącego nad jeziorem Szydłowskim i niewielką strugą Panną Południową. Już dawno planowałem odwiedzić to pałuckie dawne miasteczko, obecnie wieś, ale nie udawało się. Szkoda, że teraz było już po żniwach i zboże nigdzie już nie rosło. W rynku ustawiona jest tablica z historią miejscowości. Najwięcej miejsca poświęcono tutejszym kręgom. Jest to do dziś niewyjaśnione zjawisko, utożsamiane przez niektórych z siłami kosmicznymi lub paranormalnymi. Kręgi pojawiały się przynajmniej od roku 2000, co przyciągało rzesze badaczy, turystów i miłośników tych zjawisk. Najwięcej osób zjechało do Wylatowa w roku 2003. Ja dojechałem tu drogą krajową nr 15 biegnącą ze Strzelna do Gniezna. Piętnastka to jedna z najruchliwszych dróg w regionie kujawsko - pomorskim. Na szczęście, zaliczając swoje gminy, musiałem nią jechać tylko krótkimi odcinkami.

Dziękuję na tych stronach pewnej pani sklepowej ze Sklepu Polskiego PHUP Gniezno za to, że podzieliła się ze mną swoim bochenkiem razowego chleba spod lady, bo półki były już puste. Nazajutrz była niedziela, a sklepy miały być nieczynne. „Co uczynisz człowiekowi na ziemi…” Ta myśl często do mnie wraca.

W Gnieźnie obiad jadłem pod parasolem obok swojego roweru. Komórka ładowała się za kontuarem, więc mi się nie śpieszyło. Przysiadł się grzecznie jakiś jegomość, jak wróbel po okruchy i zabawiał mnie niekończącymi się opowieściami o swoich rowerowych wyczynach. Dziennie przejeżdżał podobno nawet po pięćdziesiąt kilometrów. A gdzie już nie bywał… Nie wiem czy teraz też tam siedzi. Może przy innym stoliku?

Kojące wrażenie w upale tych dni, sprawił na mnie pobyt w Inowrocławskiej tężni. Wśród ożywczego, chłodnego, solankowego aerozolu, panował spokojny bezwład. Żal było odjeżdżać. Notabene tężnia w 2014 roku w ogólnopolskim plebiscycie National Geographic Traveler zdobyła tytuł jednego z siedmiu nowych cudów Polski. Uważam, że zasłużenie.

Jeszcze ostatnia noc przy leśniczówce pod Bydgoszczą, pod rozgwieżdżonym niebem między koronami leśnych drzew. Cisza. I powrotny pociąg do domu.



Comments