3. Holandia na rowerze


Na wyjazd do Holandii wybrałem się na przełomie maja i czerwca z dwoma kolegami. Wyprawa trwała dziesięć zimnych dni i nocy. Niemcy w większości przejechaliśmy pociągami korzystając z możliwości podróżowania weekendowego na Schönes-Wochenende-Ticket. Mimo trasy rozplanowanej na kilka przesiadek, nie odczuwa się uciążliwości podróżowania koleją po Niemczech. Pociągi są świetnie skomunikowane, zmiana peronów nie stanowi problemu, ponieważ korzysta się z wind. Obładowane rowery wprowadza się do wagonów jednoosobowo i bezstresowo, gdyż perony i podesty w wagonach są na jednym poziomie. Wiem, wiem, u nas w kraju tego zrobić się nie da! W każdym pociągu jest wiele pomieszczeń na rowery. Niekiedy jednak bywa ciasno, bo rowerzystów przybywa, ale jakoś wzajemnie przyjaźnie się upychamy. Z miejscami siedzącymi problemów nie ma. Rozwikłaliśmy już też, po wielokrotnych przejazdach przez Berlin, system naprzemianległej komunikacji windami na dworcu głównym. W niektórych pociągach można nawet podładować baterie i telefony komórkowe, z czego skrzętnie korzystałem. Takie warunki zachęcają do wyjazdu do Niemiec lub przejazdu przez nie, dalej na zachód, co też praktykujemy. W tym roku wybieramy się jeszcze w Alpy szwajcarskie.

Granicę holenderską przekroczyliśmy już na rowerach i po Holandii też podróżowaliśmy tylko rowerami. W zasadzie trudno jest dostrzec teraz w terenie te granice. W drodze powrotnej w ogóle była niezauważalna. Posługiwałem się znakomitymi mapami cyfrowymi do Garmina: Benelux OpenFiets Map oraz NLD-en gmapsupp, chociaż byli też zwolennicy Automapy z charakterystycznym, pełnym optymizmu głosem Hołowczyca: „zjechałeś z trasy, nowa będzie lepsza”. Znakomita precyzja tych dwóch pierwszych map, świetne oznakowanie i wiele szczegółów turystycznych, wraz z routingiem po ścieżkach rowerowych, umilały jazdę. Między miastami jeździ się po ścieżkach rowerowych biegnących obok dróg samochodowych. Niekiedy tylko, są to oznakowane czerwone pasy po obu stronach jezdni. Zarówno tu, jak i w miastach, rowerzyści traktowani są z wielkim szacunkiem. Po ścieżkach rowerowych dopuszczony jest również ruch małych motorków o pojemności silnika do 50 ccm, których jest niezliczona ilość. Rowerzystów jest natomiast mrowie! Nikt jednak nie jeździ w kasku. Dosłownie nikt! Rzadko miewają je też użytkownicy małych motorków. Nikt też nie ubiera  się w kolorowe stroje "prawdziwych" rowerzystów. Czasem tylko pojawiają się tacy na rowerach wyścigowych, oni już mają kaski. Wszyscy jednak koegzystują bez iskrzeń. Kaski spotyka się natomiast często w Niemczech.                                                                                                                                                                         

Uwagę przyciągały różnorodne typy rowerów, a już szczególnie te, wyposażone w drewniane „skrzynki” bagażowe, w których rodzice wożą dzieci. Niekiedy nawet trójkę! Podziwialiśmy niedoścignioną dla nas umiejętność posługiwania się telefonami w czasie jazdy, a szczególnie -  nagminne korzystanie z internetu lub pisanie SMS-ów! Widać to na wielu zdjęciach. Na promach, którymi często pływaliśmy, głównie przez rzekę IJ (nazwa pisana dwoma dużymi literami), poza telefonami młodzież świata nie widzi! Zwiedziliśmy po drodze Arnhem ze słynnym mostem z II wojny światowej i Nijmegen. Na zachód od nich przejeżdżaliśmy przez pola dawnych krwawych bitew.

Większą część pobytu spędziliśmy w Amsterdamie, zwanego tu w skrócie A‘dam.
Jest to bez wątpienia, największa atrakcja Holandii. Byłem tu nie po raz pierwszy, ale wrażenie jest zawsze pozytywne. Jakie jest to miasto? Mieszkańcom odpowiadałem zgodnie z prawdą, że jest piękne! Zagadywano nas czasem, ponieważ jeździliśmy z niewielkimi polskimi flagami. Opisów atrakcji nie zamieszczę, ponieważ jest ich wiele w necie.
    Nie odmówiłem sobie posiedzenia w centrum miasta na Placu Dam, pod pomnikiem Pamięci Ofiar II Wojny Światowej, na którego schodach siedzą młodzi ludzie z całego świata. W latach 1969-70 plac i schody pod monumentem stały się światowym centrum hippisów. "Dzieci kwiaty" biwakowały i spały pod tym pomnikiem w śpiworach, kontestując swoją niezależność, popalając sobie marihuanę. Pod tym narodowym monumentem co roku 4 maja w Dniu Poległych, królowa Beatrix składa kwiaty (właściwie Beatrycze Oranje-Nassau,
Jej Królewska Wysokość, Księżna Niderlandów, Księżna Oranje-Nassau, Księżna Lippe-Biesterfeld).


Na placu z jednej strony stoi Pałac Królewski, z drugiej często uczęszczany gabinet figur woskowych Madame Tussaud, w głębi luksusowy pięciogwiazdkowy historyczny Hotel Krasnapolsky, założony w drugiej połowie XIX wieku przez Polaka. Biznesmen Krasnopolsky (rodzina pochodziła z Kijowa) kupił w tym miejscu nierentowną Nową Polską Kawiarnię (Nieuwe Poolse Koffiehuis) i w roku 1880 wybudował luksusowy jak na tamte czasy hotel, już nawet z telefonem i ciepłą wodą w każdym pokoju. Obok stoi wielki budynek w paryskim stylu, największego i najbardziej ekskluzywnego w Holandii domu towarowego Bijenkorf (po holendersku „ul”). Centralnie położony Plac Dam jest dobrym miejscem wypadowym. Znajduje się w środku pajęczyny jaką tworzą ulice i kanały starego Amsterdamu. W którą stronę się nie udasz, wszędzie jest coś ciekawego do zobaczenia. Sieć kanałów powstała w okresie gwałtownego rozwoju miasta w XVII wieku. W tym okresie Amsterdam był światowym centrum handlu i bogactwo płynęło do miasta szerokim strumieniem ze wszystkich zakątków świata bogacąc kupców Amsterdamu, w czasach gdy świat był jeszcze holenderski. Miasto rosło, a wraz z nim rosły kręgi kanałów. Fasadą do kanałów stawały bogate kupieckie kamienice, a w głębi między kanałami zamieszkiwał proletariat. Początkowo pierścienie kanałów spełniały funkcję sanitarną, a po wybudowaniu kanalizacji są ozdobą miasta.                
   
 Wspomnę jeszcze legendę o najwęższej kamienicy, którą też widziałem. Ta kamieniczka stoi akurat naprzeciwko najszerszej, bo 22-metrowej kamienicy Amsterdamu. Legenda mówi, że właściciel tej wielkiej kamienicy, bogaty kupiec Trip, na słowa swego woźnicy "ach, jak byłbym szczęśliwy, gdybym miał domek chociaż tylko tak szeroki, jak drzwi wejściowe domu mego pana", kazał wybudować dla niego naprzeciwko swego domu wąziutki dom. Niespotykana gdzie indziej jest tu też Dzielnica Czerwonych Latarni czy Muzeum Haszyszu i Marihuany.
W pamięci utkwiły mi nie tylko kanały, kościoły, muzea, parki i martyrologia pomników, ale również ludzie. Twarze białe i kolorowe, a wśród nich szczególnie postać „Samotnego Wilka”, trapera jak z powieści Karola Maya, odizolowanego od tłumu na placu Rembrandta, zadowolonego z siebie i tkwiącego w nirwanie za sprawą piwa czy może trawki?
                          Nocowaliśmy w namiotach na zielonych terenach wielkiego parku, w którym biwakowanie jest dozwolone. Czuwali nad nami dyskretnie tamtejsi strażnicy. Obawiałem się niekiedy, z uwagi na sieć kanałów i kanalików, że spać będziemy jak na łóżku wodnym, a po wbiciu szpilki od namiotu wytryśnie woda, ale dałem radę! Temperatury nocami spadały często do 6 stopni, ale nie odbierałem tego jako wielką dolegliwość. Byłem już zahartowany po majówce. Towarzyszyły nam tu całymi rodzinkami stada królików, które czuły się panami przestrzeni. Na szczęście, jak to króliki, zachowywały się bezszmerowo i nie podkradały kiełbasy spod namiotu. Każda gromadka tych puchatych stworzeń miała swój rewir i swoje nory. Po rzęsistej ulewie, gdy wokół naszego wzgórza utworzyły się wielkie kałuże i rozlewiska, pojawiły się kolorowe kaczki. Po pewnym czasie kaczki zaczęły znikać i wróciły króliki. To był znak, że woda opada. Nie musieliśmy więc czekać jak Noe w Arce, na gałązkę oliwną.
Jak stąd wyeksportowano komary? Nie było tu nigdzie ani jednego! W czasie tego jednego ulewnego dnia Amsterdam zwiedzaliśmy skokami pomiędzy ulewami. Raz zaproszeni zostaliśmy nawet pod dach i poczęstowani herbatą. Zwiedziliśmy też Zaanse Schans, skansen wiatraków i kolorowych zabytkowych domków, który jest jedną z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych w Holandii. Każdego roku odwiedza je około 900 000 turystów. Wiatraki nad rzeką Zaan zaczęto budować około roku 1600. Początkowo służyły do osuszania terenu, później zaczęto je budować również do celów produkcyjnych. Przerabiały pszenicę, jęczmień, owies, ryż, papier, drzewo, olej jadalny, gorczycę, tytoń, konopie oraz wiele innych przywożonych z zamorskich krajów surowców. W końcu XVIII wieku było ich prawie tysiąc. Po roku 1850 wkroczyły do Holandii maszyny parowe i przejęły pracę wiatraków. Większość z nich w krótkim czasie została zlikwidowana. Dziś w skansenie wyeksponowano tylko trzynaście. Każdy z nich ma swoja nazwę, np.: Het Jonge Schaap, De Zoeker, De Kat, De Gekroonde Poelenburg, De Huisman...
    W drodze powrotnej kilkakrotnie przejeżdżaliśmy przez wezbrane powodzią rzeki, wśród nich Ren, rozlane między wałami przeciwpowodziowymi,  Po powrocie do domu obserwuję w telewizji olbrzymią tragedię powodzi w Czechach i południowych Niemczech i w Polsce. Bogaty plan zwiedzania ułożony jeszcze przed wyjazdem, zrealizowaliśmy co do joty.

Przejechaliśmy na własnych kołach 550 kilometrów, nie jest to dużo, ale było to głównie zwiedzanie miast, a nie połykanie kilometrów.

Sprzęt spisywał się nienagannie, nie licząc kapci. Nagrodą za mocny przeciwny wiatr w drodze do Amsterdamu był taki sam wiatr, ale tym razem wiejący w plecy. Na długich odcinkach przez wiele kilometrów udawało się teraz jechać z szybkością 25 - 32 km/h, chociaż wcale do domu nam się nie śpieszyło!                
    Wszędzie słychać o ocieplaniu klimatu, niestety ciepło nie było, ani w czasie rajdu majówkowego nad Zatoką Gdańską Lądem i wodą po Trójmieście, ani tym razem. Następnym razem trzeba będzie sprawdzić klimatyczne przepowiednie w cieplejszej części Europy, może w Hiszpanii? Będą chętni do wyjazdu?
    Na koniec przytoczę  filmik z YouTube przybliżający specyfikę ruchu rowerowego w Holandii potwierdzający, że jazda tam nawet w ruchu ulicznym to bezpieczeństwo i przyjemność

Klamrą spinającą opowieść może być pomnik niderlandzkiego pisarza Eduarda Douwesa Dekkera urodzonego w Amsterdamie, znanego pod pseudonimem Multatuli. Jest uważany za najwybitniejszego prozaika niderlandzkiego XIX wieku. Jego pseudonim jest cytatem z dzieła Owidiusza, co znaczy "wiele doświadczyłem".

         

Holandia na rowerze


Zdarza się, że pokaz slajdów bywa nieaktywny więc dodatkowo zdjęcia są tutaj w albumie Holandia











                
                         (kliknij na pokaz slajdów)



Film z YouTube





Comments