07. 300 kilometrów samotności



Wybrałem się w długą trasę, którą przejechałem w ciągu jednego dnia „ponieważ czasami człowiek musi, inaczej się udusi”. Dotychczas non stop przejechałem 180 km i chciałem poznać granice możliwości i wytrzymałości. Jest też wtedy dużo czasu do różnorodnych przemyśleń. Bywało wcześniej, że w czasie rajdów przejeżdżałem po 140 km dziennie, jak np. na rajdzie Litwa, Łotwa , Estonia


Dzień wyjazdu wytypowałem biorąc pod uwagę pogodę, ale jak to z prognozami bywa, przewidywania się zmieniły i z czasem wiatr nieco się wzmógł. Jeździłem ostatnio troszkę i dodatkowo byłem „rozgrzany”  wyprawą w Alpy, z której wróciłem dwa dni temu, zatem z kondycją nie było źle. Jechałem po okręgu w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. W pierwszym etapie dojechałem poza Sianów i dopiero tam zsiadłem z siodełka. Było to ponad 60 km i nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, przejechałem ten odcinek nadzwyczaj łatwo. Koszalin ominąłem, żeby mi nie spowolnił przejazdu. Z czasem trudy podróży dawały znać o sobie. Pierwszą połowę trasy zaplanowałem szczegółowo na ekranie komputera i przeniosłem na Garmina. Dalej miałem jedynie zarys i improwizowałem w zależności od kierunku wiatru. Trasa wiodła przez lasy, wioski i miasta. Mijałem zadbane pałacyki i położone przy nich wielkie parki, ale także popegeerowskie czworaki, znaczone liszajami odpadającej farby. Ruch rowerowy miał tylko charakter lokalny. Raz tylko spotkałem objuczonych trzech młodych rowerzystów w trakcie wyprawy, którzy robili zakupy w Netto. Zdjęć wiele nie zrobiłem, bo nie to było celem wyjazdu.

Myślę, że 300 kilometrów łatwiej można przejechać, jeżdżąc pomiędzy na przykład Koszalinem i Lęborkiem, ale taka trasa nie miałaby walorów poznawczych. Nie lubię też tras powtarzalnych, bo czuję się wtedy jak chomik biegnący bez celu w malutkim walcu.

Tu na południu Pomorza doszły utrudnienia w postaci wzniesień i pagórków.

Często jechałem po mokrym asfalcie, bo wyprzedzał mnie deszcz. Dopadł mnie zresztą też przez chwilę. Ale nic to! Jest takie żeglarskie powiedzenie: na żeglarzu zmokło – na żeglarzu wyschnie. Na rowerzyście też! Po deszczu szczególnie intensywnie pachną różnorodne zioła na łąkach, pachną lasy i pola. Przyjemnie się wtedy jedzie. Aż żal, że trzeba jechać dalej i nie można pozostać i rozbić namiotu.

A jak z chwilami zwątpienia? Też się zdarzały, ale szybko mijały. Miało to znaczenie w dalszej części trasy, gdy musiałem podejmować decyzje, czy już wracać do domu, czy też znowu dołożyć parę kilometrów. Zaplanowany okrąg przewidywał takie warianty. Ostatnią decyzję musiałem podjąć na północ od Bytowa, gdy miałem już na liczniku nieco ponad 200 kilometrów. Mogłem wrócić do Słupska lub odjechać zupełnie w bok na północny wschód do Lęborka mimo, że pora była już późna. Dobre samopoczucie podyktowało mi drugi wariant, tym bardziej, że chciałem przejechać 300 kilometrów!

Pod Lęborkiem po zachodzie słońca i snującej się nad polami mgiełce, dopadły mnie chyba jakieś omamy. Przez chmury przezierał księżyc w pełni i wtedy ukazał mi się koń potężny jak góra, unoszący się ponad mgłą! Było to w Oskowie w gminie Cewice. Dobrze, że potem nie słyszałem za sobą jego tętentu i nie czułem rozkołysanej ziemi! Musiałem chyba nieźle przyspieszyć? Dobrze też, że z rowerem nie miałem w trasie żadnych kłopotów. Nazajutrz doczytałem w necie, że jest to drewniana makieta konia trojańskiego, największa na świecie. Będzie służył jako wieża widokowa. Sądzę, że lepsza w tym celu byłaby na przykład wieża Eiffla. Służę zdjęciami. No cóż, każdy ma swoje rekordy. Oczekuje się, że 16 metrowe dzieło może być wpisane do księgi rekordów Guinessa.

    Do Lęborka zjechałem ze wzniesień już przy księżycu, wśród zimnych mgieł wypełniających doliny. W dzień miałem temperaturę 20 stopni, teraz spadła do 13. Stąd zaczął się ostatni etap, monotonny powrót krajową szóstką.

    

Wspomnę na koniec o poważnym utrudnieniu, jakim przy takich przejazdach przez miasta są często ścieżki rowerowe. Należałoby tu napisać „tzw. ścieżki rowerowe”, które ze względu na wprowadzane oznakowanie zmuszają do przejazdu nimi. Jacyś domorośli lokalni decydenci, projektanci i wykonawcy tworzą z polbruku czerwony pas na chodniku, pełen poprzecznych krawężników prowadzących do licznych posesji. Często w zasadzie należałoby rower tamtędy przeprowadzać! Jest tam też wiele nierówności i zapadlisk, a także wiele rozbitych butelek. W dodatku piesi czują się tu jak święte krowy, niczego nie rozumiejąc. Ścieżki kończą się niespodziewanie i konia z rzędem temu kto przewidzi, gdzie pojawi się kolejny krótki odcinek.
Nie można ich w niczym porównać do asfaltowych gładziutkich ścieżek w innych krajach europejskich, po których jeździ się niemalże z zamkniętymi oczami. Pisałem o nich przy okazji któregoś kolejnego rowerowego pobytu za granicą.

Aktywny wykres trasy jest tutaj



Comments