8. Andaluzja. Perła w koronie Hiszpanii.

Kadyks  nad Oceanem Atlantyckim

Pomysł kolejnej wyprawy rowerowej rodzi się co najmniej rok wcześniej. Tak było również z hiszpańskimi planami. Pomysłów dalszych wyjazdów jest tyle, że zaczyna brakować czasu w najbliższej pięciolatce. Jeśli więc wyprawa do Hiszpanii, to od razu Andaluzja!  To już brzmi całkiem egzotycznie.

    Jest to najliczniejsza i druga co do wielkości wspólnota autonomiczna ze stolicą w Sewilli. To region o odmiennej przyrodzie i innej architekturze. Ojczyzna flamenco, corridy i fiesty. Malownicze góry z położonymi na zboczach przepięknymi białymi miasteczkami – pueblos blancos, porośnięte gajami oliwnymi i dębami korkowymi. Olbrzymie parasolowate korony pinii i rozległe równiny z uprawą bawełny oraz prawie wszechobecne palmy - potrafiły rozbudzić marzenia. Na miejscu byłem oczarowany egzotyką, spotykaną na każdym kroku.

    Postanowiliśmy się tam wybrać w trójkę na dwa tygodnie. Najpierw rozpoznawaliśmy możliwości przelotu tam i z powrotem, ale najwięcej niepewności wiązało się z koniecznością pakowania rowerów w kartonowe pudła. Skąd wziąć karton w drodze powrotnej? Dawałoby się to zrobić, ale ostatecznie wybraliśmy się samochodem z rowerami na dachu. Miejsca wewnątrz nie brakowało. Przez skaliste, czerwone Pireneje i Andorę dojechaliśmy do Malagi, gdzie pozostawiliśmy samochód na strzeżonym parkingu za 50 euro, przeładowaliśmy w upale (koniec września) bagaże do sakw i w drogę. Najpierw trzeba było się przyzwyczaić do dużo wyższych temperatur, niż te, przy których opuściliśmy naszą daleką nadbałtycką północ. Ruszyliśmy równinnym wybrzeżem Morza Śródziemnego.

W Andaluzji są również wysokie góry. W lutym, marcu lub kwietniu można jeździć na nartach najwyższych hiszpańskich gór Sierra Nevada (hiszp. Góry Śnieżne), bardziej znanych nawet od hiszpańskich Pirenejów i jeszcze tego samego dnia poplażować lub popływać na wybrzeżu Morza Śródziemnego w jednym z kurortów Costa del Sol. My zmierzyliśmy się na rowerach z przepięknymi górami Sierra de Ronda.    

                Kliknij na pokaz slajdów lub link

Andaluzja


Południe Hiszpanii – Andaluzja – szczyci się zabytkami kultury mauretańskiej, potomków Arabów i Berberów, którzy dotarli do Hiszpanii z Północnej Afryki, zatrzymując się tu na ponad 700 lat. Pierwsze oddziały armii krajów Magrebu pojawiły się w okolicach Tarify już w roku 710, a już cztery lata później, praktycznie cały Półwysep Iberyjski, znajdował się w rękach najeźdźców. Ostatni arabski przyczółek, Granada, skapitulował wobec sił hiszpańskiej rekonkwisty w roku 1492. Zanim jednak do tego doszło Maurowie stworzyli na tym obszarze, jedną z przodujących kultur średniowiecza, której głównymi ośrodkami były miasta Kordoba, Sewilla i Granada. W miastach tych do dziś zachowały się wspaniałe zabytki architektoniczne, z których najbardziej znany to mauretański pałac Alhambra w 300 – tysięcznej Granadzie, uchodzący za najwspanialszą budowlę w całej Europie. Napis na murach Alhambry głosił: "Nie ma w życiu nic bardziej godnego współczucia, niż być ślepym w Granadzie". Jest to warowny zespół pałacowy zbudowany w XIII wieku przez Nasrydów i rozbudowany w XIV wieku, arcydzieło architektury arabskiej w Hiszpanii, którą cechuje niezwykłe bogactwo arabskiej dekoracji wnętrz, m.in. arkadowe galerie kolumnowe, stalaktytowe sklepienia, ściany wykładane płytkami azulejos i barwnymi stiukami z ornamentem oraz malowidła ścienne.
Największym obiektem w kompleksie Alhambry jest pałac Karola V, uważany za najpiękniejsze dzieło renesansu poza Włochami. Piękne są też ogrody letniej rezydencji Generalife. Interesujące są pełne malowniczych i wąskich uliczek zabytkowe dzielnice Albaicín i Sacromonte. Wędruje się tu nierzadko stromymi schodkami zamiast ulicami, które łączą kolejne poziomy miasta.
Miasto zwiedziliśmy przejeżdżając tędy samochodem w drodze na wybrzeże.

    Costa del Sol (Wybrzeże Słońca) rozciągające się po obu stronach Malagi to jeden z

najlepiej rozwiniętych rejonów turystycznych w Europie z pięknymi plażami i dużą ilością hoteli, domów wczasowych, apartamentów i rezydencji. Znaczna część wybrzeża jest zabudowana. Przejechaliśmy na rowerach przez wiele znanych kurortów: Malagę, Torremolinos, Benalmádenę, Fuengirolę, Marbellę, Esteponę, La Linea de la Conception aż po brytyjski Gibraltar. Na bulwarach wybrzeża Costa del Sol wszystko „prohibido”. Można poruszać się jedynie pieszo. Najgorsze, że również zabroniona była jazda naszymi „bicycletas” (rowery). Ale dawaliśmy radę zgodnie z zasadą - my tu służbowo (na statek). Rozumieli to na szczęście pobłażliwi policjanci.
    Jak już wspomniałem, pozostawiając samochód w Maladze, śródziemnomorskim wybrzeżem Costa del Sol, ruszyliśmy do Marbelli, takiego naszego Sopotu i skręciliśmy w góry przez Rondę do Sewilli.
Pierwszym i najtrudniejszym górskim wyzwaniem była wlaśnie rowerowa wspinaczka do Rondy, serpentynami gór Serranía de Ronda. Ujrzeliśmy je wkrótce po skręcie z wybrzeża na północ z miejscowości San Pedro Alcantara. Najbardziej utkwiła mi w pamięci wspinaczka
o długości ponad 20 km do przełęczy Puerto El Madroño (1065 m). Mozolny podjazd do kolejno wyłaniających się grzbietów, serpentyny wycięte w skałach, a w dole oddalające się morze. Było niżej, coraz niżej. Wapienne różowo - płowe zbocza stały się skaliste, niekiedy zupełnie pozbawione roślinności. 
Roślinność zmieniała się wraz ze wzrostem wysokości. Im wyżej, tym bardziej stawała się karłowata. W dole zostały palmy, duże agawy, figi, cytryny, limonki, liczne olbrzymie kaktusy z różnokolorowymi kwiatami, jakieś jabłonie z owocami pokrytymi meszkiem. W wyższych partiach gór już ich nie było. Winnic w tej upalnej, południowej części Hiszpanii niemalże się nie spotyka. Te mijane, były już po winobraniu, żadnych kiści winogron nie dojrzałem. Można było kosztować je wcześniej, na trasie dojazdowej. W wyższych partiach gór królują oliwki, ostrolistne dęby korkowe i jakieś krzewy, piekielnie kłujące, jak jeże. Jest to makia, roślinność twardolistna. Wszystko staraliśmy się poznać organoleptycznie: dotknąć, przekroić, przełamać lub skosztować. Taka roślinność jest znana z ogrodów botanicznych, ale tam tego robić nie wolno. Szybko zaczęliśmy omijać zielone owoce podobne do młodych ogórków, płożące się po ziemi i pryskające cieczą na wysokość 2 metrów po odłamaniu od łodyżki oraz kłujące krzewy, które utrudniały rozbijanie namiotów. Jeszcze po powrocie do domu miałem kolce w palcach.

Ponieważ do stóp gór dotarliśmy stosunkowo późno, to gdzieś po drodze, jeszcze przed przełęczą, czekał nas nocleg. Z wypatrzeniem odpowiedniego, nawet niewielkiego miejsca zaledwie na trzy namioty, nie było łatwo. Ale szczęście zawsze sprzyjało. Znaleźliśmy niewielką półkę skalną, tuż za stalową przydrożną barierą na wysokości 600 m npm. Wraz ze zmrokiem, niewielki i tak, ruch samochodów i motocykli powoli zamarł zupełnie. Sporadycznie przejeżdżające auta oświetlały jedynie wierzchołki wysokich

sosen ponad nami. Twarde skaliste podłoże pokryte było na szczęście grubą kołderką sosnowych igieł, długich na dwadzieścia centymetrów. Jakoś można się było tam ułożyć, odrzucając wcześniej co ostrzejsze odłamki skał. W dole, między zboczami gór, widać było światła nadmorskich miejscowości.Rano ruszyliśmy dalej. Podjazdy się nie skończyły, ale największe mieliśmy już za sobą. Po 2,5 godzinnej jeździe osiągnęliśmy wysokość 1150 m, skąd zaczął się zjazd do Rondy. Podjazdy pokonywaliśmy indywidualnie, każdy osobno, każdy własnym tempem wynikającym z kondycji. Fotografowanie i podziwianie rozległych widoków też zabierało czas. Widzieliśmy się jedynie od czasu do czasu z oddali, na kolejnych zakrętach serpentyn i półek skalnych. Ten sposób indywidualnej jazdy praktykowaliśmy też na innych odcinkach. W zasadzie udawało się zbytnio nie gubić. Nie jest to jednak najlepsza wersja wędrowania, ale niekiedy wymuszała go słabsza forma jednego z uczestników.

    Ronda to jedno z najczęściej odwiedzanych miast w całej Andaluzji. Dzięki swojemu położeniu była idealną fortecą i pozostała stolicą islamskiego królestwa aż do 1485 roku. Miasto jest kolebką prawdziwej hiszpańskiej korridy. Plaza de Toros, zbudowana w latach 1783 - 1785 to arena korridy wraz z muzeum. Dziś przechadza się tu zgrabny toreador (torero, matador de toros) przyciągający wzrok pań i za 2 euro pozwalający sfotografować się na koniu.
W mieście reprezentowany jest każdy styl architektoniczny: rzymski, arabski i gotycki.
Miasto dzieli na dwie części głęboki skalisty wąwóz El Tajo, wyerodowany przez rzekę Guadalevin. Różnica poziomów wynosi 130m. Najciekawszy jest widok XVI-wiecznego łukowego mostu Puente Nuevo. Monumentalny most łączący oba brzegi wąwozu zbudowany został w 1793 roku. Na krótko przed jego otwarciem, w trakcie kontroli prac, spadł i zabił się jego architekt Jose Martin de Aldehuela. Wspomnę tu przy okazji, że podobny los spotkał budowniczego tajemniczego mostu w Bytowie, po którym nigdy nie przejechał pociąg! W pomieszczeniu znajdującym się nad wysokim środkowym łukiem istniało wówczas więzienie, z którego nie sposób było uciec.

Po jednej stronie wąwozu znajduje się Ciudad, czyli mauretańska część starego miasta z jego przedmieściem San Francisco, a po drugiej nowsza część El Mercadillo.
W górzystych okolicach rozsiane są białe wioski (słynne pueblos blancos) z niskimi domami o bielonych ścianach. Ich "stolicą" jest właśnie Ronda. Zwiedziliśmy też takie pueblo blanco - słynną Alorę, w innej części trasy. W ciasnych górskich uliczkach ledwo mieściły się samochody, a przechodnie musieli wchodzić do bram. Niepowtarzalny widok! Ale o tym dalej.

    Za Rondą trasa przecięła wąską dolinę brudnej rzeki Rio Guadiaro, za którą wspięliśmy się znowu na niewysokie rozległe górki. Dopiero za nimi trafiliśmy na szeroką dolinę rzeki Rio Guadalete, wpadająca w Kadyksie do Atlantyku. Wszystkie rzeki płyną tu w kierunku południowo – zachodnim i wszystkie toczą brudną, brunatną wodę, z której w żaden sposób nie można było skorzystać. Nie nadawała się ani do mycia, ani do prania. Z czasem przestaliśmy wypatrywać dolin rzecznych i czystej wody, bo w Andaluzji okazywało się to nierealne. Wiele rzek było wyschniętych. W pustych korytach rosły krzewy lub niewielkie drzewka. Mijaliśmy wiele takich dolin w dalszej części trasy, jadąc wysokimi mostami wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego. Z pewnością kiedyś wypełniają się burzową wodą.

Kolejny nocleg wypadł nad jakimś brudnym strumieniem, z którego korzystało tylko bydło. Natomiast miejsce było jak gdyby stworzone na niewielkie obozowisko. Sucha łąka i zielona dolinka otoczona wzniesieniami. Rozbiliśmy się w pośpiechu, ponieważ jeszcze w czasie jazdy słyszeliśmy nadciągającą burzę. Grzmoty słychać było z różnych stron, a czerwono zachodzące słońce dodawało bajkowego nastroju temu wieczorowi. Burzowe chmury z grzmotami kręciły się jeszcze długo po okolicy, bliżej lub dalej, ale deszcz nie lunął.

    W trakcie dalszej jazdy krajobraz zmienił się diametralnie. Wjechaliśmy do Prowincji Sewilla. Jechaliśmy wśród rozległych pagórków, mając wyższe szczyty w zasięgu wzroku. Znowu pojawiły się pojedyncze palmy, ale najwięcej było gajów oliwnych, zarówno starych dzikich, jak i uprawnych. Przejeżdżaliśmy przez sprzątnięte już o tej porze roku, wyschnięte pola uprawne o glebie szarej z czerwonym zabarwieniem. Mijaliśmy pojedyncze białe hacjendy otoczone wysokimi palmami, mające niekiedy wygląd niewielkich zameczków, zbudowanych z brunatnych piaskowców czy wapieni. Znowu kilometrami ciągnęły się łagodne, wypalone

słońcem, jasnopopielate pagórki. Zniknęła roślinność trawiasta, innej też było niewiele.
Palące słońce i spopielałe barwy przywodziły na myśl krajobraz pustynny. Przy drogach pojawiły się w dużych ilościach wyschnięte, długie łany brunatnych ostów. Czasem między nimi rosły karłowate palemki wielkości żarnowców. Zdjęcia mają odcień bladej sepii.
Na pustej drodze o gładziutkim asfalcie i szerokim poboczu, leżało wyjątkowo dużo porozjeżdżanych myszy, szczurów i królików; futerkowych mieszkańców tych okolic, którym nie dopisało szczęście. Nie było najmniejszego ruchu powietrza i żadnej chmurki. Powiew odczuwało się jedynie w czasie jazdy. Ciemnoniebieskie niebo odcinało się na horyzoncie ostro od spopielałych wzgórz. Temperatura utrzymywała się zdecydowanie powyżej 35 stopni, nierzadko osiągając nawet 40. Upał nieco doskwierał, a był to 26 września. Gdy termometr na kierownicy na jakimś dużym łuku
drogi, wijącej się pomiędzy wzgórzami, znajdował się w moim cieniu, wskazywał temperaturę około 27 stopni. 

O jakimś ocienionym miejscu, przez kilka godzin mogliśmy sobie tylko pomarzyć. Jednak zawsze trzeba liczyć na szczęście, inaczej należałoby siedzieć w domu. Na horyzoncie pojawiły się jakieś zabudowania i z czasem okazał się, że to wcale nie jest fatamorgana, a zielona oaza okazała się dużą bazą podmiejskiej straży pożarnej. Nikogo nie było, ale brama była otwarta więc widocznie miano nas zaprosić. Krzewy, palmy rzucające cień, soczysto zielone, równo przystrzyżone trawniki, a nawet fontanna w dużym oczku wodnym, wielkości sporego basenu. Trudno było uwierzyć własnym oczom. No ale straży pożarnej wody przecież nie powinno brakować. W trawnikach ukryte były systemy rurek służących do nawadniania. Rozgościliśmy się na obiad. Dopiero wtedy pojawił się dzielny starszy strażak i po hiszpańsku, i na migi pozwolił nam tu oczywiście zostać. Udostępnił toalety, zaopatrzył w wodę pitną z saturatora, zdecydowanie nie polecając wody z kranu. Nie zalecał również zanurzenia się w fontannie z uwagi na jakieś środki konserwujące zawarte w wodzie. Tak to przynajmniej zrozumieliśmy. Innych języków Hiszpanie nie znają, nawet młodzież spotykana na ulicach. Może niektórzy policjanci i to ledwo, ledwo. W sklepach – to samo. W jednym z górskich sklepików w interiorze, w jakimś pueblo blanco, musiałem dużo się gimnastykować i to z miernym skutkiem, by kupić jakieś drobne artykuły spożywcze. I co z tego, że sprzedawczyni była miła i się uśmiechała. Pomógł dopiero kasjer Fernando przywołany przez nią z zaplecza. Znał nawet aktualną prognozę pogody.

    Dopiero po kilku następnych godzinach od miasteczka ze strażą pożarną, krajobraz się zazielenił. Ten pustynny fragment wędrówki pozostawił na mnie niezapomniane wrażenie. Piękne to były chwile i krajobrazy, chłonięte z aparatem w ręce. Był to jeden z dwóch, urzekających regionów Andaluzji. Drugim w pamięci pozostały pola bawełny, ciągnące się aż po horyzont. Ale to już dalej, za Sewillą w dolinie Rio Guadalquivir.

    Sewilla jest stolicą Andaluzji i siedzibą parlamentu prowincji. Hiszpański biegun ciepła, o czym mogliśmy się przekonać na trasie. Uznawana jest za stolicę hiszpańskiego flamenco. Nie ma nic bardziej hiszpańskiego niż ognisty taniec flamenco. Licząca 700 tysięcy mieszkańców Sewilla, może pochwalić się przepięknym Alkazarem – pałacem królewskim (piękno architektury arabskiej), którego początki sięgają XI wieku i największą na świecie katedrą gotycką.

W tym pałacu podejmowano decyzje o wysłaniu ekspedycji, m.in. Ferdynanda Magellana, tutaj Krzysztof Kolumb został przyjęty przez Izabelę Kastylijską i Ferdynanda Aragońskiego po podróży do Ameryki. Natomiast katedra Najświętszej Marii Panny pod względem wielkości jest trzecią na świecie, tuż za Bazyliką Świętego Piotra w Rzymie i katedrą Świętego Pawła w Londynie. Powstała w latach 1402 - 1506 na miejscu meczetu z lat 1184-1196. Pozostawiony minaret, Giralda, o wysokości 97 m wkomponowano w bryłę kościoła. W przeszłości był to minaret tego meczetu. Podczas panowania chrześcijańskiego została dodana wieża dzwonnicza wraz ze słynnym wiatromierzem o nazwie "El Giraldillo" (ledwo widoczny na zdjęciu). Jest on symbolem dzisiejszej Sewilli. We wnętrzu zwracają uwagę kaplice – Capilla Mayor i Capilla Real, chór i grobowiec Kolumba.

Nad brzegiem rzeki Guadalquivir stoi też inny symbol Sewilli: Torre del Oro -  Złota Wieża. Została wybudowana w XIII wieku z przeznaczeniem na wieżę strażniczą, jako jedna ze 166 wież w systemie obronnym Maurów. Nazwę zawdzięcza nie tylko ówczesnej okładzinie ze złotych płytek azulejos, ale i temu, że przechowywano w niej złoto zagrabione w koloniach. Była również istotna z punktu widzenia obronnego, ponieważ pomiędzy nią, a bliźniaczą, już nie istniejącą wieżą po drugiej stronie rzeki, Arabowie przeciągali łańcuch, blokując wejście do portu.

Inne zabytki to:
- Plaza de Torros
to jedna z najpiękniejszych aren do walki byków w całej Hiszpanii. Była budowana przez kilka dekad w XVIII wieku,
- Pałac Arcybiskupi leżący u stóp wieży Giralda w centrum historycznym Sevilli. To XVIII - wieczna budowla casa palacio, dom sewillskiej świty kościelnej i arcybiskupów sewillskich. W środku zgromadzone są ważne dzieła malarstwa pędzla Murillo i innych malarzy hiszpańskich.

- Museo de Bellas Artes. Jedna z najwspanialszych galerii sztuki w Hiszpanii. Słynne Muzeum Sztuk Pięknych zajmuje pieczołowicie odnowione wnętrza dawnego klasztoru.
Warte odwiedzenia jest też kilka klasztorów i kościołów w różnych dzielnicach oraz pałaców, pozostałości świetności miasta.

Na koniec dnia pozostawiliśmy sobie zwiedzanie Plaza de España,

przepięknego miejskiego placu z fontannami i małymi kanałami, otoczonego murkami i balustradami z przepięknymi ceramicznymi płytkami (azulejos), malowanymi ręcznie i przedstawiającymi wszystkie prowincje Hiszpanii. Azulejos to charakterystyczny element architektury i budownictwa w Andaluzji. Tuż obok znajduje się Maria Luiza Park, stworzony na Wystawę Światową, która odbyła się właśnie w Sewilli w 1929 roku. Stąd już wieczorem, po ciemku, w temperaturze 26 stopni, opuściliśmy miasto.

Nocleg trafił się nam na rozległym opuszczonym, oświetlonym wzgórzu, skąd nasze namioty były widoczne zewsząd, chyba nawet z kosmosu, ale było już nam wszystko jedno. Wyglądało to jak wielkie osiedle z asfaltowymi ulicami, krawężnikami, rondami i latarniami tylko … bez bloków! Przybyły z oddali jakiś ochroniarz stwierdził co prawda, że jest to teren prywatny, ale machnął ręką i spędziliśmy tu noc. Rano pojawiali się spacerowicze z psami lub uprawiający jogging. Starali się nie odwracać głów naszą stronę.

    Stąd spokojnie ruszyliśmy dalej na południe do Kadyksu, nad Ocean Atlantycki odległy o 120 km. Jechaliśmy doliną rzeki Gwadalkiwir (Rio Guadalquivir, Wielkiej Rzeki). Jest ona na tyle żeglowna, że do Sewilli docierają statki morskie. W jej rozległej, płaskiej dolinie mieliśmy okazję przyjrzeć się polom, na których uprawiano bawełnę. Mieliśmy wiatr w plecy i temperaturę 26 stopni. Bajka. Po drodze w miejscowości Lebrija dopadła nas rzęsista, krótkotrwała ulewa z mocnym wiatrem. Rzutem na taśmę, ale jednak trochę przemoczeni, zdołaliśmy we dwóch wpaść na zrujnowaną stacyjkę kolejową przy nieczynnej, rozebranej linii. Totalny bałagan, pełno szkieł i porozbijanych kafelków ze ścian i potłuczonych sufitów, ale na głowę nie padało, nawet na peronie. Kolega umył głowę pod rynną nie zdejmując koszulki. Było bardzo ciepło. Drugi z kolegów znów gdzieś się zawieruszył przed nadciągającą burzą, ale znalazł się w miasteczku po nawałnicy. Temperatura wróciła do normy. Było znowu 30 stopni.

    W Hiszpanii istnieją trzy rejony uprawy bawełny, sprowadzonej tu niegdyœś przez Arabów. Tu właśnie znajduje się najważniejszy. Pola ciągną się aż po horyzont przez wiele kilometrów i są sztucznie nawadniane systemem rynien i kanałów, w których płynie brunatna woda. Tu natknęliśmy się na zaskakujące miasteczko Marismillas, o zabudowie niespotykanej nigdzie indziej. Było co prawda białe, ale jakże odmienne od tradycyjnych historycznych pueblos blancos. Wyróżniała go parterowa zabudowa z główną ulicą i ciągnącymi się podcieniami wzdłuż całego szeregu domów. Otoczone było białymi polami bawełny. Zieleń stanowiły palmy i drzewa limonek, rosnące wzdłuż ulic i na skwerkach. Schludnie i czysto.

Dopiero po powrocie doczytałem, że miasteczko powstało dopiero w drugiej połowie XX wieku, w ramach planu kolonizacji obszaru irygacyjnego rzeki Gwadalkiwir. Ma więc około 50 lat. Wybudowano wtedy 61 domów dla pierwszych osadników, którzy przybyli do Marismillas do uprawy bawełny. Wtedy też powstał kościół,
szkoły i dwa domy dla nauczycieli oraz różne biura i bar. Miasteczko stopniowo się rozrastało i obecnie liczy około 1600 mieszkańców, pochodzących z różnych stron Hiszpanii. Ludność jest młoda. Są to głównie robotnicy rolni i drobni właściciele. Oprócz bawełny, w okolicach uprawia się słonecznik, buraki cukrowe, a także w niewielkich ilościach kukurydzę, sorgo i pszenicę.
    Zaskakująca enklawa wśród wieków hiszpańskiej historii. Co ciekawe, na szutrowej drodze pod miasteczkiem (bo tylko takie są w okolicy) spotkałem wysoki, drabiniasty wóz do zbioru bawełny, ciągniony przez dwa woły, prowadzone przez idącego obok woźnicę z kosturem. Obrazek jak ze starożytności. Taka klamra spinająca historię ze współczesnością. Chwila zadumy nad krajem, który stale mnie zaskakiwał. Kraj wielkich kontrastów. A to Andaluzja właśnie.

Innym razem, gdzieś na tej trasie do Kadyksu, w niewielkim mieście, w wilgotnym upale w cieniu palm, przysiedliśmy na ławce żeby coś przekąsić. Dojrzał nas ktoś z wnętrza domu i podał przez okno butelkę wody mineralnej. Życzliwość otaczała nas wokół.

Na około 30 – 40 km przed Kadyksem wiatr zaczął się nasilać i wiał już z boku. Droga była świetna, szeroka z poboczem i o równej, gładkiej nawierzchni, jak wszędzie zresztą. Jednak boczny wiatr był na tyle silny, że trzeba było się pilnować, by niemalże nie zostać zepchniętym z drogi. Lekko nie było. Temperatura wahała się w granicach 28 – 30 stopni i było pochmurno.

    Prowincja Cadiz to to miejsce, w którym Morze Śródziemne spotyka się z Oceanem Atlantyckim, a Europa z Afryką oraz... Ameryką. Miasto Kadyks (hiszp. Cadiz) to najstarsze miasto w Hiszpanii i w ogóle w tej części Europy, założone przez Fenicjan około 1100 lat pne. W następnych wiekach Kadyks stał się ważną kolonią handlową Greków i Kartagińczyków. Po opanowaniu go przez Wizygotów nadeszli Arabowie. W roku 1262 przeszedł w ręce chrześcijan. Miasto miało zawsze silne związki z kontynentem afrykańskim. Stąd zaczęły się podboje i odkrycia obydwu Ameryk. Dzięki napływowi złota i srebra z Ameryki, wybudowano katedrę z pozłacaną kopułą, wyglądającą z morza na arabską oraz liczne mniejsze kościółki i wiele budowli publicznych. Stary Kadyks, który zajmuje mały półwysep, wygląda dziś prawie tak samo, jak w okresie swego największego rozkwitu

Z uwagi na swoje położenie na małym półwyspie, najłatwiej było nam się dostać do miasta przez wysoki, długi most. Szkopuł był jednak w tym, że zabroniony tu był ruch pieszych i rowerzystów. Brak też było poboczy. Jednak cóż było robić? Musielibyśmy nadłożyć kilkanaście kilometrów. Zaryzykowaliśmy i wjechaliśmy. Widoczni byliśmy zewsząd wokoło, a już na pewno przez odpowiednie służby. Byłem niemalże pewien, że po drugiej stronie zostaniemy zatrzymani i co najmniej „pouczeni”. W rzeczywistości nikt tam nas nie przywitał chlebem i solą, ale najważniejsze, że w ogóle nikt nas nie witał. Na nikim nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Przyjazny i tolerancyjny to kraj. W Niemczech na przykład, nikt nie odważyłby się na taki numer.

Wkrótce potem już kąpaliśmy się w Atlantyku, pokonując jeszcze biegiem niespotykanie szeroką plażę. Już dużo wcześniej się rozpogodziło, temperatura znów sięgała 34 stopni. Kadyks słynie również ze swoich 300 słonecznych dni w roku.
Ponieważ jeżdżę zawsze z polską flagą, do roweru podeszła starsza kobieta i upewniwszy się, że to flaga polska, stwierdziła wesoło, że Polska to miły kraj. Jak więc mogłem nie odwzajemnić się tym samym?

W tym radosnym nastroju, w słonecznym upale ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Tu nie można zabłądzić. Zawsze dotrzemy na wybrzeże, bulwary lub na plażę, z każdej strony otacza nas woda zatoki i ocean.

    Kadyks był budowany i przebudowywany wiele razy, w różnych okolicznościach, które wywarły ogromny wpływ na miasto i jego architekturę. Wzdłuż półwyspu rozciąga się plaża Playa de la Caleta. Wychodzi z niej w morze niewielki ufortyfikowany cypelek, czyli piękna twierdza z wieloma bastionami, Castyllo de San Sebastian. Tam znajdowała się Akademia Artylerii. Tu z kolegą znaleźliśmy sprzyjające warunki na przekąskę. Tylko tu wiał lekki wiaterek znad Atlantyku i w cieniu temperatura sięgała zaledwie 26
stopni. Ochroniarz sugestywnym gestem poprosił mnie jednak o założenie koszulki.
W mieście pozostało mało zabytków, po tym jak w 1596 oddziały angielskie zniszczyły miasto. Szczyci się ono jednak zadbanym zabytkowym centrum z XVIII wieku z wąskimi, krętymi uliczkami i czarującymi zaułkami. Również tu na domach spotykałem ręcznie malowane, ceramiczne płytki (azulejos), upamiętniające sławne nazwiska, głównie toreadorów.Od strony oceanu w panoramie miasta wyróżnia się wspomniana katedra Santa Cruz. Za katedrą odkryto niedawno teatr rzymski, a na północ od świątyni wznosi się Torre Tavira, XVIII - wieczna rezydencja z najwyższą wieżą w mieście, z której można podziwiać rozległe widoki miasta i oceanu. Godne uwagi są też dwa mniejsze kościoły: Hospital de la Mujeres z kaplicą ozdobioną płótnami El Greca i kaplica Santa Cueva z freskami Goyi.
Niektóre przewodniki podają, że Kadyks nie jest dotknięty masową turystyką. Ja nie odniosłem takiego wrażenia. Wąskie uliczki zatłoczone są spacerowiczami, a stoliki przed kafejkami nie świeciły pustkami.

    Z Kadyksu popedałowaliśmy dalej do Gibraltaru wzdłuż Wybrzeża Światła, czyli Costa de la Luz, a później z powrotem do Malagi. Dzięki wnikliwej analizie wskazań trzech GPS-ów, z których mój z mapą OSM okazał się najlepszy i gorącej wymianie poglądów, udało nam się wyjechać z miasta nie łamiąc tamtejszych zakazów. Była to jazda najpierw autostradą, a później już pomniejszymi asfaltowymi drogami o niewielkim ruchu, przez krainę uciążliwych pagórków i rozległych ogrodzonych pól, na których wypasano bydło. Ogrodzone szare pastwiska ze szczątkową roślinnością ciągnęły się po horyzont. Niekiedy porośnięte były grupami drzew oliwnych lub korkowych. Liczne stada byków przechadzały się z wolna. Spotykało się tu farmy wiatrakowe, które szpeciły krajobraz.

    Wędrując po Hiszpanii, nie sposób nie zauważyć wkomponowanych  w jej krajobraz na wzgórzach, olbrzymich sylwetek byka. W rzeczywistości są to znaki firmowe Grupo Osborne mającej siedzibę w El Puerto de Santa María, produkującej wyśmienitą andaluzyjską sherry.

    Muszę tu również wspomnieć o malowniczo położonym 13 - tysięcznym mieście Vejer de la Frontera, leżącym na wysokości 200 m nad poziomem morza i zaledwie kilka kilometrów od Atlantyku i plaż El Palmar, Trafalgar Bay lub Los Caños de Meca. Nie wjechaliśmy do niego z braku czasu, ale przejeżdżaliśmy serpentynką u stóp tego wzniesienia. Śnieżnobiałe miasteczko ze wznoszącą się nad nim wieżą kościoła, ostro odcinało się od intensywnego błękitu nieba. Sam Vejer składa się z dwóch części, starej średniowiecznej dzielnicy i nowej części miasta, starannie zaprojektowanej w stylu "pueblos blancos". Vejer ma wiele zabytków, a główną atrakcją turystyczną są wąskie uliczki pomiędzy białymi domami. Z miasta widać zarówno wybrzeże ponad lasami dębu korkowego rosnącego na wzgórzach Alcornocales, jak i jeden z najcenniejszych hiszpańskich rezerwatów przyrody. W odległości krótkiego spaceru znajduje się rzymski akwedukt Santa Lucia, dostarczający wodę do pobliskiej doliny gdzie rosną awokado, granaty i inne tropikalne owoce. Szkoda, że zabrakło czasu.

    Na pewnym odcinku drogi do Gibraltaru, postanowiliśmy sobie skrócić trasę o kilkadziesiąt kilometrów, wjeżdżając w interior, opuszczając cywilizowane drogi. Z czasem asfalt stawał się coraz bardziej dziurawy i pojawiał się żwir, potem było go coraz mniej, a z czasem w górach, proporcje się odwróciły na niekorzyść asfaltu. Dalej zanikł zupełnie. Nie przypuszczaliśmy, że krótsza górska droga okaże się skalistą szutrówką. Niebo było zachmurzone, temperatura wahała się od 34 do 27 stopni. W dole pozostał hałas cywilizacji, ruch samochodów i senne miasteczka. Nie było już palm, na zboczach królowała jedynie makia, czyli mówiąc inaczej: kłujące chaszcze, rachityczne oliwki i dęby korkowe. Dęby korkowe często spotykane były na trasie w Hiszpanii. To gatunek wiecznie zielonego, rozłożystego drzewa, którego liście nie opadają na zimę. Są twarde i skórzaste, ponieważ pokrywa je substancja chroniąca przed nadmiernym wyparowywaniem wody. Pień początkowo rosnący prosto, z czasem krzywi się i garbi. Pokryty jest grubą i nierówną korą. Na stromych zboczach gór tworzy to niepowtarzalną bajkową atmosferę, jak z filmów grozy. Najciekawiej wyglądały w okolicach przełęczy. Nie miałem okazji przekonać się jak groźnie wyglądają nocą.

W celu pozyskania korka wykorzystuje się jedynie zewnętrzną obumarłą część kory. Na dole widzieliśmy świeżo okorowane dęby o intensywnie rdzawej nowej korze. Podczas okorowywania zdejmuje się płatami zewnętrzną warstwę, bez uszkadzania wewnętrznej części regenerującej korę. Zabieg jest całkowicie bezpieczny dla drzewa. Kolejne okorowanie może nastąpić dopiero po 9–12 latach, gdy zarosną poprzednie nacięcia i kora ulegnie regeneracji. Korę pozyskuje się po raz pierwszy z drzew, które osiągnęły minimum 25 lat. W ciągu życia pojedynczego drzewa, pozyskuje się korek zwykle 12 razy. Drzewo osiąga wiek 150–250 lat.

Dąb korkowy poza Hiszpanią jest uprawiany również w Portugalii, Algierii, Maroku, Francji, Włoszech i Tunezji. Około 50% ilości pozyskiwanego korka przypada na Portugalię.

Przy okazji wspomnę tu również o palmach, które poza górami, spotyka się w całej Andaluzji, gdyż są jednymi z najpopularniejszych "drzew". W botanicznym sensie palmy nie są drzewami, ponieważ nie tworzą drewna. Najczęściej spotykana jest palma daktylowa, rosnąca nawet do 30 m wysokości, której "liście" osiągają 6 m długości! Nie da się na nich rozbijać namiotu i trzeba je odrzucać, ponieważ są duże i twarde, jak poskręcane deski. W miastach liście palmowe są  starannie przycinane. Owoce palmy daktylowej to popularne daktyle, wyrastające w dużych ilościach. Nieco rzadziej od palmy daktylowej spotyka się waszyngtonię nitkowatą (pochodząca z Ameryki Północnej) o grubym pniu. Pod zielonym pióropuszem ma ona żółtawobiały "kołnierz" utworzony ze zwieszających się zeschniętych liści. Spotyka się też palmy karłowate. "Kora" tych różnych gatunków palm jest całkowicie inna.

    Z czasem nadszedł wielki dzień wędrówki. Gibraltar był w zasięgu ręki, w odległości 15 kilometrów. Tak ułożyliśmy trasę, by wjechać tam rano. Świt obudził się parny. W nocy było 21 stopni. Nocowaliśmy przy domostwie, którego właściciel udostępnił nam wieczorem pomieszczenie gospodarcze. Od strony Oceanu Atlantyckiego oddzielało nas zamglone wzgórze, nad którym wisiały ciemne chmury. Od wschodu zaczęło wyłaniać się słońce. Ruszyliśmy w jego kierunku. Temperatura szybko wzrosła do 24 stopni. Po drodze zrobiliśmy zakupy w sieci DIA. To taka Biedronka, czy Lidl. Wszędzie walały się tu śmieci, odpadki i porozrzucane opakowania kartonowe. Jak w całej Hiszpanii. Tylko centra miast, bulwary i deptaki są posprzątane. Pełno nieczystości jest również zwykle wzdłuż autostrad i w przydrożnych rowach. Widok zupełnie niespotykany w innych krajach. Na obrzeżach miast i miasteczek leży całe wyposażenie i umeblowanie domów, szafy, wersalki i różne części samochodowe. Też próbowałem nie wrzucać śmieci do koszy, ale nie jest łatwe porzucić swoje nawyki i zmienić podejście do estetyki. Jednak ja jeden nie nauczę ich porządku.

        Kliknij na pokaz slajdów lub link

Gibraltar

Gibraltar zwieńczał rowerową trasę po Andaluzji. Był wisienką na torcie i kropką nad i. Dalej na południe był już tylko widoczny zarys Afryki. Stąd zaczął się odwrót, ale równie atrakcyjny jak dotychczasowa trasa.
Jest to brytyjskie terytorium zamorskie, dawniejsza ważna baza Royal Navy, którego nieodłącznym akcentem jest skała gibraltarska z zamkiem na zboczu. Hiszpanie żartują, że Anglicy rzucają swój mglisty czar nawet na odległą kolonię, bowiem słynna skała unosząca się nad wybrzeżem Gibraltaru bardzo często otoczona jest białą chmurą. Tak było i tym razem.
Interesujący klimat tworzą ciasne i strome uliczki. Miasto pnie się w górę w olbrzymim chaosie. Rowerem przejeżdża się w ciasnocie wśród samochodów, licząc na swoje szczęście. Na ulicach widać, jakim tyglem jest Gibraltar. Obok siebie spacerują muzułmanki w długich burkach i chustach na głowie i Żydzi w jarmułkach. Widać Hindusów i ciemnoskórych Arabów. Hiszpanie samochodami i na motorkach licznie przybywają tu do pracy. Na szczęście, ruch jest prawostronny. Środkiem płatniczym są funty angielskie, ale euro również. Na bałaganiarskiej granicy panuje tłok. Musiałem okazać Anglikom swój dowód osobisty, ale w tym bałaganie wystarczyłoby chyba ksero.
Polskim akcentem na południowym krańcu (Europa Point) jest pomnik generała Władysława Sikorskiego, który zginął na Gibraltarze 4 lipca 1943 roku podczas powrotu z inspekcji Armii Polskiej na wschodzie.
Ciekawostką w Gibraltarze są oczywiście małpy, magoty. Jedyna żyjąca w stanie wolnym populacja małp na kontynencie europejskim, licząca około 230 osobników w pięciu odrębnych stadach. Uważa się je za symbol Gibraltaru. Kiedy małpy znikną z Gibraltaru, Wielka Brytania straci swoją enklawę. Inną ciekawostką jest nietypowo przebiegający pas startowy dla samolotów, przecinający jedyną drogę do centrum. W czasie startu i lądowania droga jest zamykana szlabanami i z bliska można obserwować lądujące i kołujące maszyny.

    Z Gibraltaru ruszyliśmy autostradą na swój ostatni etap rowerowej wędrówki do Malagi. Trasa miała długość nieco ponad 100 kilometrów i wiodła wzdłuż Morza Śródziemnego przez Costa del Sol – Wybrzeże Słońca. Pogoda na pierwszym odcinku nas nie rozpieszczała i wcale nie pasowała do nazwy wybrzeża. Wiał mocny odmorski wiatr od Afryki, a ponieważ jechaliśmy w większości tuż przy plaży, okolica spowita była słoną mgiełką. Trzeba było schować aparaty fotograficzne i drobną odzież wożoną niekiedy na wierzchu, ponieważ wszystko stawało się słono – lepkie. Dotychczasowe błękitne niebo pokryte było niskimi chmurami, a wiatr targał palmami i rowerem. Trzeba było być czujnym, by w porywach nie ocierać się sakwami o stalowe barierki energochłonne. Tylko temperatura niezmiennie utrzymywała się w okolicach 23 stopni. Wilgotno i ciepło. Odległe góry, klify i miasteczka ginęły w mokrej słonej mgle. Na szczęście trwało to niezbyt długo i po kilkudziesięciu kilometrach niebo zaczęło się przecierać, prześwitywało słońce, a potem już wszystko wróciło „do normy”. Uciążliwy pozostał jedynie duży ruch na autovii. Wiodła ona przecież wzdłuż wybrzeża, a w pobliżu nie było innej przelotowej drogi. Stąd dopuszczony był tu ruch motorków i rowerów. Tu kilkakrotnie przejeżdżaliśmy mostami nad wyschniętymi rzekami. W skalistych korytach wiodących z gór, rosła trawa, drobne krzewy, a nawet niekiedy drzewa. Taką suchą rzeką była na przykład Rio Guadalsa.

Ostatni nocleg spędziliśmy między Marbellą a Malagą. Znaleźliśmy go odjeżdżając kilka kilometrów od turystycznego wybrzeża. Było ciepło, 24 stopnie i sceneria, jak w ogrodzie botanicznym. Namiot nie stał co prawda pod palmą, ale pod wysokimi trzcinami, jak na sawannie. Wokół rosły jakieś kolczaste krzewy. Spod płótna miałem widok na wzgórze porośnięte oliwkami i malowniczy zachód słońca.

    W Maladze po przeładowaniu bagaży z rowerów da samochodu, a samych rowerów na bagażnik dachowy, po włączeniu klimatyzacji, ruszyliśmy na północ w drogę powrotną doliną rzeki Rio Guadalhorce do Alory i dalej do El Chorro.

Alora to dosłownie "białe miasteczko" - pueblo blanco. Niemal wszystkie budynki 14 – tysięcznego miasteczka pokryte są białą farbą, a progi i elewacje bogatszych właścicieli domków, zdobią ceramiczne mozaikowe ornamenty. Miasteczko położone jest między trzema wzgórzami, więc wąskie uliczki stromo zbiegają i pną się po ich zboczach. Trzeba dużych umiejętności, żeby ruszyć samochodem uliczką do góry, nie paląc sprzęgła.

Alora leży na turystycznym szlaku Białych Miasteczek (
Ruta de los pueblos blancos) gdzie rzymska i mauretańska historia łączy się w całość. Pueblos Blancos leżą na terenie gór Sierra de Grazalema oraz Parku Narodowego Andaluzji – Parque Natural de la Sierra Grazalema. Pierwotnie miasteczka były zbudowane i zamieszkiwane przez Berberów pochodzących z Ameryki Północnej, którzy nastali w tym regionie na przełomie IX i X wieku, w czasie panowania Maurów na terenie półwyspu Iberyjskiego.
Nad jednym z okalających miasto wzniesień - Cerro de las Torres (Wzgórze Wież) - znajdują się bardzo dobrze zachowane ruiny arabskiego zamku z sześcioma wieżami strzelniczymi. W czasach rekonkwisty wytrwale bronili się tu Maurowie.
Dzieje Alory przypominają historię Półwyspu Iberyjskiego w pigułce. Budowę fortecy na Cerro de las Torres rozpoczęli Fenicjanie, kontynuowali Rzymianie, zburzyli ją Wizygoci, a odbudowali Maurowie. Jedna z głównych ulic nosi imię Cervantesa, który spędził tu kilka lat (1587-93), pracując jako... poborca podatków.

O Alorze mówi się Cuna de la Malaguena, kolebka malagueny, czyli stylu flamenco, którego cechą charakterystyczną jest głęboki, emocjonalny wokal z akompaniamentem pojedynczej gitary. Anna German i Czesław Niemen śpiewają taki utwór, zatytułowany Malagueña. Tych pieśni można posłuchać tu w czasie świąt i festynów na placu przy fontannie mającej kształt gitary, przewiązanej kobiecą chustą. Rrzeźba jest hołdem dla najsławniejszych śpiewaków z Alory. Co kilka tygodni odbywają się festiwale flamenco, fandango i malagueny. Na festynach można wziąć udział w konkursach Cantes de la Trilla, czyli pieśni flamenco śpiewanych przy młóceniu ziarna.

Z kościelnego wzgórza można dostrzec kanion El Chorro, do którego udaliśmy się samochodem.

    Kanion El Chorro wyerodowała rzeka Guadalhorce. Na początku XX wieku powstała tu elektrownia wodna i zapora tworzące jeziora, chroniąca pobliskie wioski przed powodziami. Kanion przecina linia kolejowa z Malagi do Sewilli. U jego wrót leży maleńka miejscowość El Chorro. Jest tu stacja kolejowa, dworcowy bar, dwa sklepy i skromna baza noclegowa. Podobno po hiszpańskim najczęściej słyszy się tutaj język polski.

Wapienne ściany kanionu sięgają 200 m i są magnesem dla miłośników wspinaczek górskich, a dodatkową atrakcję stanowią krążące nad głowami orły (El Chorro to największe w Andaluzji siedlisko tych ptaków).Turystów natomiast przyciąga tu Camino del Rey - kładka biegnąca wzdłuż ściany kanionu na wysokości 100 m od jego dna. Najpierw była chodnikiem służącym robotnikom, którzy znosili z gór surowiec do budowy elektrowni. W 1921 roku Alfons XIII (ostatni król Hiszpanii przed dyktaturą Riviery i Franco) postanowił zobaczyć ten cud techniki i osobiście otworzyć tamę El Conde del Guadalhorce. Uparł się, by dotrzeć do celu tą samą wąską ścieżką, którą codziennie przemierzali kanion robotnicy. Na pamiątkę monarszej wycieczki nazwano ją właśnie Camino del Rey - Ścieżką Króla. Najpopularniejszą pamiątką z El Chorro jest zdjęcie na mostku łączącym dwa odcinki chodnika zawieszone na przeciwległych ścianach kanionu. Na ten trzykilometrowy spacer dla ludzi o mocnych nerwach, trzeba wziąć uprząż z lonżą ponieważ betonowo-żeliwną konstrukcję nadgryzł ząb czasu i chodnik jest ubezpieczony żelazną liną oraz klamrami. Obecnie za 7 mln euro (!) jest naprawiany i odnawiany, a więc niedostępny. Z tego też powodu tam nie dotarłem. Ale tak naprawdę, to z braku czasu.

    Rowerami przejechaliśmy prawie 800 km. Samochodem pokonaliśmy 7 000 km, z czego drogę powrotną przez Barcelonę i  wzdłuż klifów Zatoki Biskajskiej, non stop w dwóch kierowców, przez niecałe dwie doby. Taki powrót przyjemny nie był. Niemniej podróż samochodem po Hiszpanii to wręcz bajka. Wiele autostrad (nawet bezpłatnych) i zwykłych dróg, którymi kraj jest gęsto pocięty, jest niemalże pustych. Nocą w drodze do Barcelony mijał nas z przeciwka samochód zaledwie co jakieś dziesięć minut.

W chwili, gdy kończę ten opis, mam za oknem listopadową mżawkę i temperaturę 5 stopni (dobrze, że jeszcze powyżej zera), a tam świeci teraz słońce i temperatura w dzień waha się w granicach 18- 20 stopni. Nocą spada zaledwie do 13! Gdyby tak u nas chociaż do 13 w dzień chciała wzrosnąć.

A to Andaluzja właśnie.

Na zakończenie polecam film WILDFIRE Television Gdy Maurowie rządzili w Europie znakomicie opisujący historię tych ziem.





Comments