4. Green Velo. Łańcuch atrakcji.

             Samotnie 740 km szlakiem Green Velo po Podlasiu


    Chciałoby się zacząć: dawno, dawno temu, na dalekiej północy... Ale to niezupełnie tak. W rzeczywistości to nie było tak dawno, lecz północ była daleka. Zasięg sieci telefonicznej był mizerny, a z Rosji otrzymywałem powitalne SMS-y o kosztach międzynarodowych połączeń. Jechałem wzdłuż granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Nigdy tak często nie zmieniałem przełożeń przerzutki, jak na tym wyjeździe. Suwalskie górki i dołki, krótkie podjazdy i zjazdy sprawiały dużo radości i pozostaną niezapomniane. Inny charakter miał południowy odcinek mojej trasy. Był płaski jak stół. Dla tych, którzy nie dotrwają do końca opisu, przytoczę film z Narwiańskiego Parku Narodowego studia Stanfilm.

    Ale zacznę od początku. Dojechałem pociągiem do Giżycka. Całkiem przyzwoita jazda. Okazał się to dobry kierunek na przyszłe wyprawy w rejon Podlasia. Woda tu czysta i trawa zielona. Tak mi tego brakowało na wyjazdach w Hiszpanii i we Włoszech. Nie wyobrażam sobie lata bez kąpieli i pływania w jeziorach. Spalona słońcem ziemia i puste koryta rzeczne nie pozwoliły tam w pełni korzystać z lata. Resztki płynącej wody, jeśli się taka zdarzała, były brunatne i mętne. O jeziorach można było sobie tam pomarzyć. Pominę już upały w Andaluzji, a szczególnie hiszpański biegun ciepła - Sewillę i dolinę rzeki Gwadalkiwir z uprawą bawełny. Szare krajobrazy, szara roślinność. Egzotyka rewelacyjna, ale jednak... 

Ponieważ pociąg do Giżycka dojeżdża po zapadnięciu zmroku, więc wcześniej zarezerwowałem sobie tam nocleg pod dachem. Pozostałe noce spędziłem już w namiocie mimo tego, że był to przełom sierpnia i września, i przejeżdżałem przez polski biegun zimna. Jednej nocy temperatura spadła nawet do 3 stopni. 

Z Giżycka skierowałem się na północ przez Kruklanki i Banie Mazurskie, do słynnej piramidy w Rapie. Do miejsca, w którym kończy się Polska. Niespełna dwa kilometry dalej biegnie granica z Rosją. Piramida jest jedyną tego typu budowlą w Polsce, gdzie zachowały się zmumifikowane zwłoki. Ma 16 m wysokości, jej bok u podstawy ma 10 m. Jest to rodzinny grobowiec pruskiego rodu baronów von Fahrenheid, zbudowany w 1811 roku. Właściciele majątku należeli do ludzi wykształconych, którzy dużo podróżowali po Europie i wprowadzali wiele nowych rozwiązań w swojej posiadłości. Przyciągała ich magia wiecznego "życia po życiu", w związku z czym chcieli zbudować grobowiec wzorując się na piramidach egipskich. Baron był ponoć najbogatszym człowiekiem Prus Wschodnich. Mówiono, że jadąc tylko przez swoje włości mógł dotrzeć z rodzinnego pałacu wprost do Królewca. Kiedy więc umarła mu córka, postanowił zapewnić jej nieśmiertelność. Zbudował na Rysich Bagnach piramidę. Została pochowana jako pierwsza,a następnie kilku członków rodu. 

Na podstawie badań radiestezyjnych podaje się wiele interesujących danych. Otóż wybór lokalizacji piramidy nie był przypadkowy. Jest to miejsce, jak żadne inne w okolicy o wielkiej koncentracji pozytywnego promieniowania energii Ziemi i Kosmosu. Pozytywne promieniowanie jest wzmacniane w piramidzie przez odpowiedni kształt sklepienia wewnętrznego o kącie 51°52', tak jak w piramidach egipskich, a negatywne działanie energii eliminuje podstawa z kamienia polnego.

W Rapie przecinają się trzy linie silnego promieniowania geomantycznego łączące miejsca mocy. Jedna z nich biegnie m.in. od Kowna przez Rapę i dalej przez hitlerowski Wilczy Szaniec koło Kętrzyna do Karlsruhe, jednego z większych miejsc mocy
w Europie. Podobno komary i muchy omijają wszystkie piramidy. Ja ich tam nie spotkałem, chociaż otoczenie jest wilgotne. Nie dokuczały mi one również w czasie całego wyjazdu. W latach wojny 1914-1915 i w 1945 roku grobowiec został zdewastowany przez Rosjan, trumny porozbijano.
Znajdujące się w nich ciała mają odcięte głowy. Zrobili to prawdopodobnie radzieccy żołnierze. W takim stanie znajdują się do dziś (informacje zaczerpnięte ze strony mazury.info.pl). Trumny widać przez otwarte otwory okienne.

                                                                                                                                        Kliknij  dwukrotnie na pokaz slajdów

Podlaskie Green Velo. Łańcuch atrakcji.

    Pogoda się pogarszała, niebo się zaciągnęło, pociemniało i nad Rapę nadciągała burza. Tam spotkałem w lesie rowerowe małżeństwo z sakwami, szukające noclegu w agroturystyce. Zaproponowali mi kawę, ale rozmowa nie trwała długo, bo zagrożenie narastało. Na odjezdnym nazwali mnie „samotnym wilkiem”.

W tym rejonie nie jechałem po szlaku Green Velo, jechałem piaszczystymi dróżkami w pagórkowatej okolicy wzdłuż granicy. Kilkakrotnie skręcałem całkiem na północ, by w okolicach wiosek Żabin Graniczny, Obszarniki i Mażucie zbliżyć się do niej na kilkadziesiąt metrów. Tak dobrnąłem do Gołdapi, a dalej do Uzdrowiska Gołdap. Tam już wrony i rowerzyści zawracają. Dalej nie ma już nic, to już kwintesencja pogranicza. Tu zrobiłem kilka zdjęć najnowszej tężni w Polsce. Miejsce malownicze, ale kuracjuszy niewiele.                                     

Kolejny nocleg na trasie spędziłem przy leśniczówce niedaleko Galwieci, po przejechaniu 92 kilometrów. Zalogowałem się tu pod nieobecność gospodarza, ale po uzyskaniu jego telefonicznej zgody. Numer telefonu podany był na drzwiach. Pojechałbym tego dnia dalej, ale ładne to było miejsce, przygotowane dla gości. Zadaszone, ze stołami i kijkami do kiełbasek. Na progu zostawiłem butelkę na wodę. Gdy leśniczy wrócił wieczorem, od słowa do słowa, wspomniałem o wiaduktach w Stańczykach, które miałem w planie. Opowiedział mi o ciekawych wiaduktach w pobliżu, do których pojechałem, zbaczając nieco z Green Velo. Warto było. Koniec języka za przewodnika. Są olbrzymie, podwójne jak w Stańczykach chociaż nieco mniejsze i bardziej zarośnięte. Leżą na tej samej linii kolejowej. Byłem tam już o 9 rano.

Dalej pojechałem już tym nasypem kolejowym na wschód. Świetna żwirowa dróżka, podobna do naszych szlaków zwiniętych torów. Gdzieś dalej znów wjechałem na Green Velo. Tu po raz pierwszy natknąłem się na budowę tego szlaku i dużą tablicę informującą o wielkości i źródłach finansowania inwestycji. Są to w znacznej wielkości środki unijne, a prace mają być zakończone do końca tego roku. W województwie warmińsko-mazurskim nakłady wynoszą ponad 80 mln zł , a w podlaskim prawie 60 mln.

Między Galwieciami a Paluszkiejmami szlak wiedzie inaczej niż mój gpx pobrany ze strony Green Velo. Tu rozbieżności były niewielkie, gdzie indziej bywały większe, ale nic to. Nawigacyjny gpx wystarczał, żeby nie gubić się na szlaku. Szkoda, że niekiedy wytyczony został z pominięciem ciekawych miejsc w okolicy. Nie trzymałem się go więc kurczowo. Jechałem i szutrami (w większości), i asfaltami.

Jadąc wzdłuż tej dawnej nieczynnej linii kolejowej Gołdap - Żytkiejmy (31km) w kierunku Stańczyków, mijałem wiele wiaduktów, również podwójnych. Jednak najsławniejsze znajdują się w Stańczykach. Należą do jednych z najwyższych w Polsce. Mają długość 200 m i wysokość 36 m. Konstrukcja jest żelbetowa, pięcioprzęsłowa o równych 15 metrowych łukach. Charakteryzują się doskonałymi proporcjami, a filary ozdobione są elementami wzorowanymi na rzymskich akweduktach w Pont du Gard. Stąd nazwa - „Akwedukty Puszczy Rominckiej”. Był to fragment budowanej w latach 1917-18 magistrali z Chojnic przez Czersk, Smętowo, Kwidzyn, Prabuty, Morąg, Ornetę, Lidzbark Warmiński, Bartoszyce, Korsze, Kętrzyn, Węgorzewo, Gołdap, Pobłędzie, Kalwarię do Olity na Litwie. Po 1933 roku pociągów jeździło tu niewiele. Ruch uległ jeszcze zmniejszeniu, kiedy to na polecenie wielkiego łowczego III Rzeszy Hermana Göeringa, cała Puszcza Romincka została otoczona płotem, stając się terenem zastrzeżonym dla poufnych spotkań przywódców niemieckich. Sobotnio - niedzielny pociąg kursował tą linią do 1943 roku i przywoził turystów, grzybiarzy, wędkarzy i ... narciarzy. W 1945 roku wycofująca się Armia Czerwona rozebrała tory. Wiadukty są ulubionym miejscem amatorów skoków na linie. Obecnie teren jest własnością prywatną i wstęp jest płatny. Wiadukty wykorzystano w filmie Ryś, którego reżyserem jest Stanisław Tym. 

Za Stańczykami zaczęło padać, wg prognozy ICM – planowo. Nie szkodzi, przynajmniej nie będzie się kurzyć. Jechałem małymi skokami do przodu. Przez Żytkiejmy i Lenkupie zmierzałem do słynnego trójstyku granic Polska - Litwa – Rosja (Obwód Kaliningradzki), jednego z sześciu w Polsce. Temperatura spadła do 15 stopni. Znajduje się on w miejscowości Bolcie k. Wiżajn. Oznaczony został słupem z różowego granitu z godłami trzech sąsiadujących państw i napisem w języku danego państwa. Nosi nazwę „Wisztyniec”. 

Okolice uważane są za polski biegun zimna. Wyświetlacz LED zamontowany na parkingu wskazuje aktualną temperaturę tego miejsca. Możesz ją również w tej chwili odczytać on-line na stronie powiatu suwalskiego. Nieco więcej na temat tego miejsca napisałem na stronie Trójstyki granic. W Wiżajnach zaczęły się schody, bo rozpadało się na dobre z małymi przerwami. Pochłodniało. W końcu to biegun zimna. Musiałem się ubrać, ulewniejsze deszcze przeczekując na przystankach. Skończyły się upały. Tak dojechałem na Głazowisko Bachanowo – rezerwat przyrody, gdzie już kiedyś byłem. Też rowerem, ale rodzinnie. Z rowerem nie wszystko można zobaczyć, bo trzeba by go taszczyć ze sobą. Przestało padać, potem nieco się rozjaśniło. Wjechałem w pofałdowany teren, znowu zaczęły się krótkie podjazdy, zjazdy, a nawet serpentynki. Zrobiło się ciekawiej. Przejechałem Czarną Hańczę, będącą tu niewielkim bagnistym strumykiem i wkrótce skręciłem wzdłuż niej na południe. Wędrowałem pagórkowatą dolinką. Dzień zmierzał ku schyłkowi, czas więc było rozglądnąć się za noclegiem. Ciepło nie było. Zagadnąłem gospodynię w mijanym gospodarstwie przed Suwałkami, która po konsultacji z mężem (prawidłowo, hierarchia w rodzinie obowiązuje) zaprosiła mnie do sadu pod jabłonkę. Obydwoje byli sympatyczni i dziwili się, że wędruję tak w pojedynkę. Tego dnia przejechałem 80 kilometrów. W nocy temperatura wyniosła 7 stopni.


Leśniczy z poprzedniego noclegu mówił, że w ich okolicy pojawiają się wilki w lasach, ale tylko zimą. Potwierdziła to również gospodyni, mówiąc o Gołdapi, a więc nie u nich. Na kolację dostałem pomidory. Skończył mi się gaz w butli, do którego i tak nie przywiązywałem wielkiej wagi przed wyjazdem. Wiedziałem, że niewiele go ze sobą zabieram. Resztę trasy przejeżdżałem raczej na zimno, czasami dostawałem wrzątek lub herbatę od gospodarzy. Był też wyjątek, ale o nim potem. Wieczór był już zupełnie bezdeszczowy, nad horyzontem pojawiło się czerwono zachodzące słońce. Piękny widok po deszczowym dniu. W sąsiednim przysiółku w odległości kilometra, doszło do pożaru jakiejś stodoły, Wóz straży pożarnej krążył w pobliżu szukając dojazdu.

Do Suwałk dojechałem raniutko, podążając dalej na południe doliną Czarnej Hańczy. Było chłodno, ale słonecznie. Za Suwałkami już całkiem ciepło i z wiatrem w plecy. Tu wszyscy zdążają w jedno miejsce, do byłego klasztoru zakonu kontemplacyjnego Kamedułów na jeziorze Wigry w Wigierskim Parku Narodowym. Leży na wyspie połączonej groblą z lądem. Ostatnie dwie wojny prawie go doszczętnie zniszczyły. Odbudowano kościół, eremy, refektarz, domek furtiana, kaplicę kanclerską i wieżę zegarową. Trwają nadal prace nad rekonstrukcją wnętrza świątyni i umocnieniem murów oporowych. W jego podziemiach spoczywają zwłoki pierwszego biskupa wigierskiego, wybitnego kaznodziei ks. Franciszka Karpowicza i dawnych zakonników - kamedułów. Odbudowane eremy i inne obiekty są użytkowane jako ośrodek wypoczynkowy. Z wieży rozciąga się wspaniały widok na klasztor i jezioro Wigry.  Miałem przyjemność zwiedzić całość.  

Na Hańczy mijałem wielu kajakarzy. Płynęli pojedynczo, parami lub całymi grupami. Rozmawialiśmy niekiedy na łączkach, będących malutkimi polami namiotowymi lub w miejscach, w których kajaki ładowane były na specjalne przyczepki po zakończonych spływach. Obiad tzw. domowy, ze schabowym, trafił mi się w jednej z jadłodajni nastawionej głównie na kajakarzy. Oni opanowali okolicę Czarnej Hańczy na całej jej długości. Malownicza to rzeka i strony ładne. Jechałem szlakiem Green Velo, pokrywającym się z żółtym Papieskim Szlakiem szlakiem JP II „Tajemnice Światła” wytyczonym pomiędzy Ełkiem i Wigrami. Oznakowany był przeważnie tylko szlak papieski. Przez wielkie obszary Puszczy Augustowskiej jechałem głównie sam. Mijały mnie czasem jedynie samochody z przyczepami do przewozu kajaków lub pojedyncze samochody tubylców i turystów. Sucho było w tych lasach przeraźliwie, więc po każdym przejeździe, długo w tunelu między drzewami unosiły się tumany kurzu. Widząc mnie, kierowcy znacznie zwalniali i na szczęście nieco to umożliwiało oddychanie. Rower, sakwy i ja jednak troszkę poszarzeliśmy. Można jednak było się kąpać w mijanych jeziorkach. Rower umyłem dopiero w domu. Na trasie opłukały go jedynie kolejne deszcze w Puszczy Białowieskiej.

To był dzień Czarnej Hańczy i pustych szutrowych dróg. W
 lasach Puszczy Augustowskiej byłem sam prawie przez cały dzień. Z upływem czasu zachodzące słońce oświetlało już tylko na pomarańczowo czubki sosen, wśród których wiła się wąska droga. Miejscami na prawym brzegu Hańczy szutrówka bywała fatalna, na zmianę miękka i grząska lub tarka, powybijana przez koła samochodów. Szczególnie między Dworzyskiem a Mikaszówką. Rekompensatą była cisza i odgłosy lasu. Jechałem tędy przez wiele kilometrów z szybkością 10 km/h. Nic dziwnego, że tego dnia, dnia Czarnej Hańczy, przejechałem nieco mniej, bo 70 km. W dodatku o mało się nie wyglebiłem kilka razy w tych piachach. Przeważnie drogi szutrowe - te leśne i te polne nie są złe. Są nowe, dobrze utwardzone, można jechać szybko, prawie jak po asfalcie tylko z nieco większymi oporami toczenia. Tylko ten kurz. Ale dzień jest dobry, gdy dobrze się kończy. Ten summa summarum taki był. Zostałem zaproszony na kolację w leśniczówce. Nie wyprzedzajmy jednak wypadków.

    Oprócz nawigacji miałem dobrą mapę papierową tych okolic. Na jednej i na drugiej zaznaczone były leśniczówki. Wybierałem je więc na noclegi. Znacznie ułatwiało mi to wędrówkę. Tego dnia, gdy słońce przestało już oświetlać nawet czubki wspomnianych wysokich sosen, dążyłem do upatrzonej leśniczówki. Ale cóż? Z dala nie było słychać szczekania psa, a na miejscu okazało się, że go nie ma. Siedziba była zagospodarowana, ale opuszczona. Wszedłem przez furtkę do obejścia, obszedłem domek, obszedłem zabudowania gospodarcze. Nowa wygódka połyskiwała bielą desek, ale nikt się nie pojawił. Pokręciłem się, ale czując się nieswojo, pojechałem do następnej leśniczówki, chociaż nie była w pobliżu. Droga znów wiodła przez las (z lasów chyba nie wyjeżdżałem tego dnia), a z dala słychać już było ujadanie psa. Pomyślałem, że nie jest źle. Może nawet lepiej, niż poprzednia głucha cisza. Ale tutaj też nikogo nie było. Wypatrzyłem miejsce w pobliżu, tak na wszelki wypadek i pojechałem dalej, do kolejnej. Znowu ładne parę kilometrów. Najwyżej tu wrócę. Do trzech razy sztuka, mówi przysłowie ludowe. Mądrość ludu to potęga! To był strzał w dziesiątkę, chociaż wcześniej trochę się najeździłem. Przemiła gospodyni nie zważając na moje opory (było już prawie ciemno i namiot nie rozbity) jakoś mnie namówiła na kolację. Było to pod nieobecność męża, bo wiadomo – myśliwi polują o tej porze. O zgrozo! Przecież oni mają broń. Ale zapachy z kuchni wzięły górę nad obawami i dobrze, bo żołądek już mi burczał z głodu. Była dziczyzna, świeżo złowione płocie i szczupak, domowy kompot... Fajnie się jeździ w pojedynkę, nie musiałem się z nikim dzielić. Z czasem przybył gospodarz i dosiadł się. Ale to co innego. Miał dużą wiedzę o regionie, o pograniczu (do Białorusi było tuż, tuż). Znał każdy kąt w okolicy, opuszczoną leśniczówkę również. Okazało się się, że odbywają się tam czasem spotkania myśliwych. Czas szybko płynął. Namiot rozstawiłem przy księżycu. Na odjezdnym wymieniliśmy się adresami. Czekam zatem na rewizytę. 

Nazajutrz była niedziela. W nocy było 6 stopni, ale nie była to najniższa temperatura w czasie tego rajdu. Wracałem na trasę Green Velo, którą pośpiesznie opuściłem wieczorem. Udałem się w kierunku najbliższej dużej wsi. Mijały mnie samochody osobowe jadące w tę samą stronę, do kościoła. I ja też się tam udałem. Na miejscu było dużo rowerzystów, ale miejscowych, tych z nienaoliwionymi łańcuchami z brązu i klekoczącymi błotnikami.

Nowy dzień, nowy region. Jechałem przez Puszczę Augustowską 

wzdłuż Kanału Augustowskiego do Augustowa. Śluzy jednokomorowe, dwukomorowe, kajakarze i agroturystyka, ale wszystko dyskretne i nie zakłócało mojego spokoju. Zatrzymałem się z zaciekawieniem przy jednej z nich - dwukomorowej śluzie Perkuć, takiej bardziej skomplikowanej, ale z ręczną obsługą. Pracownik w letnim mundurze zwijał się jak w ukropie, żeby przepuścić dwa kajaki. Biegał od jednych drewnianych wrót do drugich i kręcił korbami. Potem podpłynęły kolejne dwa i historia zaczęła się od nowa. Nie zazdrościłem mu.

Jak się później okazało, ta śluza uchodzi za najpiękniejszą z pośród innych polskich śluz Kanału Augustowskiego. Śluzowanie trwa około 20 minut, w czasie których pokonuje się 3 metrową różnicę poziomów. Wybudowana została w latach 1827- 1828. Również tędy przebiega Szlak Papieski „Tajemnice Światła” i Green Velo Obydwa oznakowane. Prowadzą brzegiem jeziora Mikaszewo, przez ostępy leśne rezerwatu „Perkuć” ku wsi Jazy. Jechałem pustą droga asfaltową w kierunku zachodnim do wsi Płaska. Gorąco. Kąpiel i pranie w jednym z jezior. Niedzielny luzik. Tak dojechałem do miejscowości Sucha Rzeka i zmierzałem dalej na zachód do Augustowa. Dalej niestety skończył się asfalt i zaczęła się paskudna miękka szutrówka. Zawróciłem i wycofałem się stąd, przejechałem kanał drewnianym mostem i pojechałem dalej drogą asfaltową po jego północnej stronie. Też pusto i spokojnie. Dopiero przed Augustowem wjechałem na krajową ósemkę biegnącą do Wilna. Polskę opuszcza się za Suwałkami w na przejściu granicznym w Budzisku. Już go kiedyś przekraczałem z dwoma kolegami, na rajdzie rowerowym Litwa - Łotwa - Estonia.

W Augustowie latem jest niezmiennie dużo turystów i wczasowiczów kręcących się wokół portu Żeglugi Mazurskiej. W centrum musiałem oczywiście odwiedzić Informację Turystyczną mieszczącą się w dziwacznej przeszklonej, niebieskiej budowli, nie pasującej do architektury rynku. Tu o dziwo otrzymałem i to bezpłatnie, mapę szlaku Green Velo. Panie już o nim słyszały. Jest profesjonalnie wydana w skali 1: 200 000 i obejmuje województwo podlaskie, czyli moje tereny. Miły akcent i na czasie. Została wydana w 2014 roku przez Euro Pilot Sp z o.o. Z Warszawy. Później zrobiłem obfite zakupy w Biedronce. Rower udało mi się wprowadzić do przedsionka, bo drzwi w upale były otwarte. Krążyłem więc spokojnie między półkami. Obiad zjadłem w porcie.

Dotychczas w Puszczy Augustowskiej, którą przejechałem olbrzymim zakolem Suwałki – Mikaszówka - Augustowo, było wiele drogowskazów do pól namiotowych przy Kanale Augustowskim i liczne gospodarstwa agroturystyczne oraz malutkie lokalne bary i pizzerie. Generalnie jechałem jednak samotnie przez wiele godzin. Przepastne lasy, wysokie drzewa, ocieniona droga i samotność. Za Augustowem skręciłem na południe. Sytuacja zmieniła się zdecydowanie. Region turystyczny pozostał za mną. Teraz wiejskimi drogami mijałem zwykłe wioski. Było gorąco, ale na szczęście był lekki przeciwny wiatr. Płasko jak na Żuławach i pusto – niedziela. Na południe jechałem wiele kilometrów. Szlakiem Green Velo dotarłem do Doliny Biebrzy.

Na nocleg wybrałem wieś Kopytkowo w Biebrzańskim Parku Narodowym. Po drodze mijałem miejscowości przez które przejeżdżałem przed laty, ale w przeciwnym kierunku, gdy zmierzałem do Doliny Rospudy. Nagłośniły ją protesty ekologów sprzeciwiających się budowie obwodnicy Augustowa. W polach stało wtedy kilka wiaduktów w różnym stadium zaawansowania budowy. Potem je rozebrano. W Kopytkowie wpadło mi wtedy w oko gospodarstwo agroturystyczne „Chata na końcu świata”. Nomen omen, położona jest prawie na bagnistym pustkowiu pomiędzy Biebrzą a rezerwatem „Czerwone Bagno”. Kapitalne miejsce, jak zresztą cała dolina Biebrzy wijącej się zakolami wśród bagnistych łąk.

Te okolice oprócz dalekiej północy, były drugim celem tej mojej wyprawy. Na namiot wybrałem skraj pustego pola namiotowego, za mną już tylko bagna i pomost wiodący w ich głąb. Nade mną wieża widokowa. Nad rzeką i bagnami spotyka się takie wieże. Umożliwiają obserwacje bagien, ptactwa i zwierząt. Lornetki też często można wypożyczać. Wieczór był bezwietrzny i nawet tu nie było komarów. Niewiarygodny komfort. Z bagien zaczęły dochodzić pierwsze wieczorne odgłosy. Nad głową słychać było przelatujące jakieś ptaszki, trzepotały się też w pobliskich zaroślach. Z oddali słychać było nieodłączny klangor żurawi. Do bagna miałem kilka kroków. Zmierzch zapadał powoli, bardzo powoli. Rozbijanie namiotu i wieczorne czynności rozłożyłem na wiele etapów. W międzyczasie chłonąłem niepowtarzalny nastrój i klimat doliny Biebrzy. Zza horyzontu wyszedł olbrzymi księżyc koloru ciemnej pomarańczy. Obserwacja i zdjęcia pochłonęły mnie całkowicie. Zapadła noc. Gdzieś w oddali na bagnach rozlegało się porykiwanie jelenia. O tej porze roku zaczynało się rykowisko. Nadal nie było najmniejszego powiewu wiatru, nie poruszała się żadna trzcina, nic nie zakłócało kompletnej ciszy pod rozgwieżdżonym niebem. Nie oddycham, bo oddech wydaje się za głośny. Pospacerowałem po kładce wiodącej na bagna i w końcu położyłem się spać. Wstałem około szóstej. O tej porze roku szybciej zapada ciemność, szybciej kładłem się spać i wcześniej wstawałem. Rano też panowała cisza. Czyżby nad Biebrzą w ogóle nie wiało? Wszedłem na wieżę. Liczne chmary jaskółek krążą wokół mnie i pode mną. Były na wyciągnięcie ręki. Niemalże było je słychać! Poniżej w gałęziach też trzepoczą się jakieś ptaszki. Słońce było już nad horyzontem. Budził się nowy dzień.

W nocy temperatura wyniosła 10 stopni. Wczoraj przejechałem 80 kilometrów. Nocleg kosztował 10 złotych. Pożegnałem Rumcajsa – właściciela posiadłości i ruszyłem dalej doliną Biebrzy przez Biebrzański Park Narodowy na południe, żwirową wiejską drogą, którą wiódł szlak Green Velo. Wiedziałem to tylko z mojego GPS-u, bo na trasie od dawna nie był oznakowany. Był tylko rowerowy czerwony. Rano, a już zaczyna się gorąco. Minąłem w upale „stolicę” regionu – Goniądz i Twierdzę Osowiec i dalej podążałem na południe. Tu rozstałem się bez żalu z moim przewodnim szlakiem, skoro go nie ma. Podjąłem męską decyzję i pozostawiłem go na wschodnim brzegu Biebrzy. Zmierzałem do Brzostowa, wioski „szczęśliwych krów”. Też już tam bylem na poprzednim rajdzie przez Bagna Biebrzańskie i Dolinę Rospudy i teraz wiele sobie znowu obiecywałem. Do wioski dojechałem drogą asfaltową, nie tak jak przed kilku laty – brukowaną. Nowa oddana została przed miesiącem. Zmiany, zmiany, zmiany... W okolicy nie rzucały się już w oczy tak jak dawniej, stare drewniane chałupy, które tak ładnie wyglądają na zdjęciach.

Dojechałem przed szesnastą i nawet się nieco śpieszyłem, by zdążyć na powrót krów z pastwisk, które znajdują się po drugiej stronie rzeki, na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego. Krowy przepływają rzekę dwa razy dziennie, tam i z powrotem. Każdy gospodarz przyprowadza tu swoje stado po świcie, po porannym dojeniu i przegania na drugi brzeg. Niekiedy pomagają mu w tym psy, płynąc za krowami. Krowy leniwie przepływają lub przechodzą na drugą stronę. Pasą się tam całymi stadami i same po południu wracają. Każda w swoim stadzie. Podobno zdarza się, że po ocieleniu wiodą z powrotem cielaczka. Tak mi opowiadano na brzegu, gdyż jest to dobre miejsce do pogaduszek. Tu życie biegnie powoli i nawet krowy są szczęśliwe. „Szczęśliwe krowy z Brzostowa”, tak je zwą w internecie. O tej porze wracają też ciągnikami gospodarze z przyczepami wyładowanymi belami siana, skoszonego na Parkowych niezmierzonych łąkach. Przejeżdżają kolejno brodem, bo mostu w okolicy nie ma. Zanurzone głęboko w rzece, przeładowane przyczepy pomału kołyszą się w nurcie rzeki. W tym roku wody w rzekach było niewiele, susza również tutaj dała się we znaki, więc krowy raczej brnęły przez nurt, niż płynęły. Nie wiem jak radzą sobie traktorzyści przy wysokiej wodzie. Malutki prom znajduje się dopiero w sąsiedniej wiosce. Na pojedynczych rozlewiskach wielkości dużych kałuż, stały niepotrzebne teraz łodzie. Wiosną po topnieniu śniegu dochodzi do podtapiania łąk i woda wzbiera, zalewając okoliczne łąki aż po las, widoczny na horyzoncie. A gdy zima trzyma mocno, miejscowi mieszkańcy mogą wybrać się po lodzie do lasu traktorami, po wykupione wcześniej drzewo. Nie zdarzyło się to jednak od pięciu lat. We wsi brakuje opału. Regularnie przyjeżdżający letnicy, przywieźli swoje drzewo na ognisko. Czeka na nich na kolejny sezon. Zatrzymałem się na takiej prywatnej łączce namiotowej. Wcześniej przeszedłem się brzegiem rzeki, wybierając łączkę z wieżą widokową, ponieważ nie wszystkie je mają. Na polu nikt nie biwakował, miałem więc swoją wieżę obserwacyjną na wyłączność. Od gospodarza dowiedziałem się gdzie można się pokąpać. Zanim wskazał miejsce, upewnił się, czy umiem pływać. 

Gdy krowy wróciły do swoich obór, zapanował spokój. Nadchodził wieczór. Z zachodu wracały bardzo liczne klucze żurawi i dzikich gęsi. Dużo ich było. Niektóre były bardzo hałaśliwe i słychać je było z daleka. Leciały do swoich lęgowisk w Parku. Przez pewien czas zawsze jakiś klucz znalazł się w polu widzenia obiektywu. Wieczór był ciepły, nurt wartki, a woda przezroczysta. Wtedy ja wszedłem do Biebrzy. Dociekliwym wspomnę, że kąpałem się powyżej miejsc, przez które przeprawiały się krowy. Teraz ja byłem szczęśliwy w Brzostowie. Wschodził księżyc... Kolację jadłem pod zadaszeniem przy namiocie. Tego dnia przejechałem 75 kilometrów.

Na to pole namiotowe przyjęła mnie córka gospodarzy, Karolcia, chyba dziesięcioletnia. Buzia się jej nie zamykała. Towarzyszyła jej czarna suczka, która wabiła się Ares, ponieważ miała być pieskiem. Po prostu tak się dziecku wydawało. Suczka miała półtora roku i już osiem szczeniąt. Karolcia była bardzo dobrą uczennicą. Chciałaby zostać lekarzem, informatykiem lub … już nie pamiętam. W szkole była najlepsza z języka polskiego, Z dużym sukcesem wzięła udział w konkursie okręgowym w Łomży, wygrywając go, a potem w Białymstoku. Tam do zwycięstwa niewiele jej zabrakło. Rano o jej zdolnościach z dużą satysfakcją i dumą opowiadał mi jej ojciec, gdy jego krowy przepłynęły już na drugi brzeg. Karolcia rano nie przyszła, pojechała autobusem do szkoły. Było rozpoczęcie roku szkolnego. Dzieci całą szkołą pojadą do kościoła. Na co dzień jeździ rowerem, ma dwa kilometry w jedną stronę.

Wstałem jeszcze przed wschodem słońca. Nie chciałem niczego uronić z przepięknego spektaklu przyrody. Namiot był suchy, w oddali wstawały mgły, później wzeszło słońce. Zaglądnęła Ares. W pobliżu zaczęto przeganiać krowy. Jedno stado, potem drugie i kolejne... Życie w wiosce jest monotonne. Żal stąd wyjeżdżać. Chciałbym tu wrócić w maju lub czerwcu i zobaczyć rozlewiska aż po sam las. 

Na odjezdnym zagadnąłem jakąś babkę o dziwne łodygi i łyka, suszące się pod domem na płachcie. „A to tatarak. Ludzie kupujo”. Na co to? „Tego ja nie wiem. Ale jak mnie kiedyś głowa bolała, to wzieła ja do gęby i przeszło. Teraz zawsze biere”. Lubię rozmawiać z ludźmi. Okazji nie brakuje. Można zapytać o drogę, o nocleg, o sklep. Posłuchać ich pod sklepem, koło kościoła, czy na przystanku. Mówią z charakterystycznym zaśpiewem, po swojemu, są życzliwi i pomocni. Szybciej znikają stare drewniane chałupy, niż gwara. „A to Polska właśnie”. Babkę zapytałem o Karolcię, że taka rezolutna i bezpośrednia. Wtedy rozglądnęła się konspiracyjnie, ściszyła głos, zbliżyła się do mnie i zaczęła opowiadać: „a, panie, oni się pokłócili, poszło o majątek...” Nie zrozumiałem już kto z kim. „W piątek będą wybierać sołtysa” odpowiedziała, gdy wspomniałem o nowej ładnej drodze przez wieś. „Bo ten to tylko jeździ na zebrania, bierze 200 złotych i pali papierosy. A jak budowali drogę, to się nie pokazywał. Mnie nie obchodzi, kto teraz będzie sołtysem”.

Skierowałem się dalej na południe. W pobliskich Mocarzach skręciłem przez łąki na prom. Za mną unosił się pył. Prom stał, ale nikogo nie było. Pojawili się tylko wędkarze wracający z tamtego brzegu. Zdjęli spodnie, podciągnęli koszule i przechodzili przez rzekę. Woda nie była głęboka, tylko niższy z nich zamoczył sobie gacie. Powiedzieli, że prom popłynie – chyba – gdy będzie potrzeba. Gdy z pól wracać będzie jakiś traktor z sianem. Chociaż nie jest to pewne, bo ostatnio jak tak płynął z traktorem, to utknął i traktor musiał rozbujać prom, by zszedł z mielizny. Biebrza miała tu zaledwie kilka metrów szerokości i też była płytka w tym roku. Gdyby nie sakwy, to korciła mnie przeprawa w bród z rowerem pod pachą. Trudno, na Carską Drogę pojadę dookoła przez Wiznę.

Poranne pranie wyschło w słońcu na kierownicy po dwóch godzinach jazdy. Znów gorący dzień. Wiznę widać z daleka, a zwłaszcza duży czerwony kościół ulokowany na wzniesieniu. W dniach 7-10 września 1939 roku miała tu miejsce dramatyczna obrona Wizny. Bitwa określana mianem Polskich Termopil, pomimo poważnej dysproporcji pomiędzy siłami polskich obrońców pod dowództwem kapitana KOP-u Władysława Raginisa, a siłami niemieckimi generała Heinza Guderiana, stała się jednym z najbardziej bohaterskich lecz i najmniej znanych epizodów II wojny światowej. Stoi tu pomnik poświęcony pamięci bohaterskich obrońców. Stąd ruszyłem na wschód. W wielu miejscach na trasie stoją bunkry i pomniki upamiętniające walki z tamtych lat. 

Niestety musiałem przejechać 10 kilometrów bardzo ruchliwą drogą bez poboczy nr 64 Łomża – Białystok. Musiałem rozstać się z nadbiebrzańską ciszą. W przydrożnej restauracji nad Narwią wypiłem kawę. Przy pobliskiej Carskiej Drodze, swoją letnią posiadłość ma Janusz Palikot. Czytałem o tym wcześniej, ale tu nikt o nim nie słyszał. Właściciel przypomniał sobie jedynie, że gdzieś w okolicy mieszkają jego rodzice. Niezbyt przyjemnie jechało się wśród dużego ruchu samochodów, ale pewnym spokojem napawał mnie sposób, w jaki mnie tu wyprzedzali. TIR-y jechały za mną powoli i czekały na sposobny moment. Wyprzedzały mnie szerokim łukiem zjeżdżając na przeciwległy pas. Za nimi sunęły osobowe i dopiero potem wyprzedzali się wzajemnie. Miałem chyba szczęśliwy dzień. Wzbudzało to do nich zaufanie. Niestety, nie zawsze tak bywa. Zwykle miewam wrażenie, że poharaczą mi łokieć. Tu mogłem zatopić się w myślach i jechać. Czekać, aż mój szlak gdzieś wyprowadzi mnie w bok.

To był 1 września, rozpoczęcie roku szkolnego. W mijanych wioskach ze szkół wybiegały odświętnie ubrane, biało – granatowe dzieci. Nauczycielki też były zrelaksowane. W Wiźnie przypomniała mi się piosenka Elektrycznych Gitar:

Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły, 

zapaliły papierosy, wyciągnęły flaszki,

chodnik zapluły, ludzi przepędziły,

siedzą na ławeczkach i ryczą do siebie...

Ja siedziałem obok z dużą porcja lodów. W drodze opadły mnie myśli o innych trasach, dawnych wyjazdach, o kolegach... Upał, czy co? Zwiększone parowanie halucynogennych olejków eterycznych z rozległych łąk, czy to spaliny tak działają? Prawdę mówiąc, to pewien telefon tak mnie nastroił. Kiedyś Piotr Fronczewski śpiewał:

„ … Pijmy wino za kolegów,

którym szczęścia w życiu brak.

Za tych, którym zawsze idzie nie tak ;

kobiety nie te i zimy zbyt złe ( ... )

( …) Pijmy wino za kolegów,

co się niby iskry tlą,

których jakiś Bóg przeznaczył na złom (...)

( … ) My, co mamy mocne zdrowie jak skaut.

Nie czeka nas głód, nie grozi nam aut...

        Jakoś przemknę ten odcinek. Kiedy będzie jakieś jezioro? Zaraz? Zaraz teraz, czy zaraz potem?  W cieniu 36 stopni.

Uff, nareszcie. Znów jestem sam na wiejskich dróżkach. Jak Pyza. Czy niektórzy jeszcze pamiętają „Pyzę na polskich dróżkach” Hanny Januszewskiej?

Ale dość tych przemyśleń, wróćmy na szlak. Green Velo znowu gdzieś się zagubił. Nieodmiennie króluje teraz od kilku dni Podlaski Szlak Bocianich Gniazd. Tutaj prowadzi wędrowców wiejską asfaltową pustą drogą. Niekiedy między wioskami asfaltu brak, jadę szutrem w miarę dobrym, więc daję radę. Znowu 38,6 stopni, tym razem w słońcu. Wokół szare pola po zbiorach i spopielałe trawy. Szare trawy, szare pobocza, szary rower i sakwy, i bidon z gorącą wodą. Mijane sosnowe lasy i małe piaszczyste wydmy przywodzą na myśl Wydmę Orzechowską... Jak to dobrze, że nie pojechałem piaszczystym Green Velo. Już mam go dość w tych stronach!

W oddali widać kościół w Tykocinie. W linii prostej to jeszcze około
6 kilometrów. Będą lody? 
Tykocin leży w pobliżu wielkich kompleksów przyrodniczych: Narwiańskiego Parku Narodowego, Biebrzańskiego Parku Narodowego oraz Puszczy Knyszyńskiej. Ze względu na bogatą historię, jest miejscowością bardzo atrakcyjną turystycznie. Sam układ urbanistyczny jest ciekawy. Miasto przypomina charakterystyczne   miasteczka żydowskiego, bowiem duży wkład w historię Tykocina mieli Żydzi. Wyjątkowym zabytkiem urbanistycznym jest rynek z pomnikiem Stefana Czarnieckiego. Pamiątkowy monument pochodzi z 1763 roku. Został wzniesiony z inicjatywy Jana Klemensa Branickiego. Pomnik ma ogromną wartość ze względu na odległą datę budowy. Jest to najprawdopodobniej drugi po Kolumnie Zygmunta, najstarszy świecki pomnik w Polsce. Przy rynku znajduje się kościół p.w. Trójcy Świętej wybudowany dzięki Janowi Klemensowi Branickiemu w latach 1740 – 1750. Jest to barokowa świątynia typu bazylikowego. Inne zabytki to Wielka Synagoga i Mała Synagoga – Dom Talmudyczny, zespół klasztorny Bernardynów, Cmentarz Żydowski i zamek króla Zygmunta II Augusta, znajdujący się na północnym brzegu Narwi. Za jego panowania zamek stanowił rezydencję królewską z arsenałem konnym, skarbcem i biblioteką. Historia tej budowli wiąże się z takimi postaciami historycznymi jak: Janusz Radziwiłł, Stefan Czarniecki, August II Mocny i Jan Klemens Branicki. Zabytek był kilkakrotnie niszczony, zarówno przez ludzi, jak i pożary. Ostateczna odbudowa zakończyła się w 2005 roku.

Stąd jadę na południe do Narwiańskiego Parku Narodowego,
a potem pętlą na północny – wschód, do Białegostoku. Green Velo omija ten park narodowy. Dlaczego? W dyrekcji w Kurowie dowiedziałem się, że w fazie projektowania przebiegu – zaopiniowali pozytywnie, ale szlak rządzi się swoimi prawami. Dla mnie niezrozumiałymi. Tu przenocowałem na znakomitym, pustym polu namiotowym znajdującym się przy dyrekcji parku. Co na to Słowiński Park Narodowy? Infrastruktura wybudowana została ze środków unijnych w zeszłym roku. Wszystko tchnie nowością: łazienki z prysznicami z gorąca wodą, Dwie olbrzymie altany z oświetleniem i gniazdkami elektrycznymi (można doładować baterie), wypożyczalnia kajaków, wieża widokowa i kładka przyrodnicza nad bagnami, ginąca gdzieś w oddali, hen daleko. Bardzo ciepła noc, wybrałem się nią w ciemności na przechadzkę. Na polu usytuowane są duże zespoły ogniw słonecznych. Wrzątek dostałem od opiekuna pola. Natomiast przyjął mnie i oprowadzał czteroletni Tymek. Żywe sreberko i gaduła. Według niego oprócz solarów, park wykorzystuje energię geotermalną. Byłbym zapomniał, jeszcze darmowe Wi-Fi o szybkości ponad 10 Mb/s. Dla mnie pobyt – bomba! Całość za 10 złotych. A Green Velo poszedł sobie bokiem... Powyższe lotnicze zdjęcie (ze zbiorów NPN w Kurowie) przedstawia okolice dyrekcji NPN, przy której znajduje się opisywane pole namiotowe.

Rano po przelotnym deszczu ruszyłem doliną Narwi przez Park do ruchomej kładki (!), takiego malutkiego promu – pontonu, obsługiwanego przez wędrowców. Usytuowana jest na bagnach nad rzeką na trasie Waniewo - Śliwno. W tym ciągu jest pięć takich przepraw. Dojazd oczywiście kładkami tradycyjnymi, inaczej na sucho się nie da. Warto było zboczyć tu z trasy.

Potem był Białystok w mżawce (Białystok jaki jest, każdy wie) i Supraśl ze słynnym monasterem. Pogoda szybko się popsuła. Temperatura spadła z 30 do 20 stopni. Zaczęło siąpić. Musiałem ubrać się przeciwdeszczowo. W czasie pobytu na poprzednim rajdzie w 2010 roku, wnętrze świątyni było w remoncie. Teraz odzyskało dawną świetność. Dojechałem do niego 20-kilometrową rowerową ścieżką asfaltową. W Supraślu znajduje się siedziba Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej. Najbardziej znanym zabytkiem jest wspomniany Klasztor Męski Zwiastowania NMP. Jest to kompleks budynków pobazyliańskich wraz ze zrekonstruowaną cerkwią obronną w stylu gotycko - bizantyjskim (wzniesioną w latach 1503-1511), Pałacem Opatów (1635-1655), w którym mieści się obecnie Punkt Muzealny i bramą dzwonnicą (1752). W zabudowaniach klasztornych znajduje się jedno z ciekawszych muzeów w Polsce, tj. muzeum ikon z XVIII, XIX i XX wieku. Do monasteru trafiłem tuż przed mszą, we wnętrzu było już dużo odświętnie ubranych wiernych, którzy ze zdziwieniem obserwowali odmieńca w rowerowej żółtej kamizelce. Ja stałem i z zaciekawieniem obserwowałem przepiękne wnętrze, kapiący złotem ikonostas i ciągle przybywających wiernych, głównie kobiety. Przed ikonostasem lub figurami i obrazami brodatych świętych, wszyscy klękali pochylając się bardzo nisko i z namaszczeniem całowali podłogę. Gdy zaczęły się śpiewy, wycofałem się dyskretnie. Z samochodów wysiadali jeszcze kolejni wierni. Kobiety dopiero pod monasterem owijały głowy apaszkami i szalami, które miały na sobie. Szczelnie zasłaniały swoje włosy. Weszło kilku brodatych duchownych. W prawosławiu nie ma określenia  "pop". W polskim prawosławiu od dawna „pop” jest pojęciem obraźliwym, może nawet bardziej, niż w katolicyzmie „klecha”. Wierni prawosławni w krajach słowiańskich używają określenia batiuszka lub otiec. Jego żona to matuszka lub mateńka. Kolejne zabytki to Pałac Buchholtzów, fabrykantów włókienniczych, kościół katolicki NMP Królowej Polski i kościół p.w. Świętej Trójcy oraz domy tkaczy, budowane w latach 30. XIX wieku. Nadawały miasteczku klimat przemysłowy. Były to drewniane, parterowe budynki mieszkalne, w których chałupnicy zajmowali się tkactwem. Domki były bielone wapnem, a dachy kryte gontem lub dachówką ceramiczną. 

Wieczór zbliżał się szybciej niż zwykle, bo pogoda była pod psem. Ruszyłem na wschód przez Park Krajobrazowy Puszczy Knyszyńskiej w stronę Białorusi. Celem były Krynki. Piękna asfaltowa droga z gładką nawierzchnią, zbliżający się zmrok i odludzie. Teren był lekko pofałdowany. Rzadko mijały mnie auta. Byli chyba tak samo zdziwieni moją obecnością, jak ja ich. Włączyłem światełka. Po dłuższej jeździe zdecydowałem się wreszcie zapytać o nocleg w obejściu niedaleko od szosy, przy którym stało kilka samochodów.

Podwórko było zagracone, już wiedziałem, że źle trafiłem. Podchmielone chłopy zajęte były naprawą traktora. Dwóch im kibicowało. Gdy jednak usiłowałem im wyłuszczyć, z czym przybywam, jeden z nich wystękał „to nie nasza sprawa – jest”. Co prawda, to prawda. Mój problem noclegu, to nie ich sprawa. Tu jedyny raz odmówiono mi noclegu. Przenocowałem w kolejnym gospodarstwie, w niewielkim przysiółku. Kilka starych drewnianych domów. Do granicy z Białorusią pozostało 20 kilometrów. Jedne zabudowania od drugich było daleko. Kogut piał już w środku nocy, chyba według czasu wschodniego. Młody gospodarz znal tamtych „mechaników” i z uśmiechem stwierdził, że jednak traktor potrafią naprawić. Tego dnia przejechałem 70 kilometrów. Z namiotu miałem widok na rozległa dolinę rzeczki Słoja. W nocy pojawił się jasny księżyc, dolinę zasnuła mleczna mgła odbijająca jego światło. Wyglądała, jakby fosforyzowała. Cieszyłem się w duchu, że miejsce pod namiot nie wypadło mi trochę niżej. Dopiero byłoby zimno i mokro. Rano i tak miałem mokry namiot, aż z niego spływało. Temperatura spadła w nocy do 5 stopni. Sprawdziłem dopiero rano, bo nocą wcale tego aż tak nie odczuwałem. Było po prostu chłodno i już. Na wyprawie miałem cienki letni śpiwór, bo takie zebrałem prognozy. Dobrze jednak, że nie taszczyłem cięższego.

    Wstał rześki słoneczny dzień, rano było 8 stopni, ruszyłem już przy 14. Wkrótce znalazłem się w Krynkach. Przy drodze zauważyłem klasyczny znak drogowy z sylwetką łosia i tabliczką „uwaga łosie”. Ciekawe tereny mnie czekają. Dalej przy drodze znajdowało się pięknie urządzone silvarium, rodzaj ogrodu dydaktycznego, w którym prezentowane są gatunki drzew, krzewów i bylin występujących w Puszczy Knyszyńskiej. Znajduje się tu np. aleja roślin leczniczych, które od lat wykorzystywane były w medycynie ludowej. Są tu też dwie trasy energetyczne oddziaływające pozytywnie na organizmy żywe, w tym na człowieka. Zapraszają do radiestezyjnych peregrynacji i odkrywania tajemniczych sił przyrody. 

O Krynkach, malutkim miasteczku - siedzibie gminy - można mówić bez końca. Sięga swą historią w XV wiek. Wtedy to stanowiło książęcy dwór, zaś w roku 1509 otrzymały prawa miejskie nadane prze króla Zygmunta Starego. Rozwój miasta był wówczas bardzo dynamiczny. I wojna światowa spowodowała liczne zniszczenia, zaś II wojna przyniosła wiele dramatycznych wydarzeń. W 1941 roku Krynki zostały opanowane przez Niemców. Z uwagi na to, że większość mieszkańców była pochodzenia żydowskiego, Niemcy utworzyli tu getto. Spowodowało to wyludnienie miasta, ogromne zniszczenia i w konsekwencji utracenie w 1950 roku praw miejskich. Status miasta Krynki otrzymały ponownie dopiero

1 stycznia 2009 roku. Niepowtarzalne jest tutejsze rondo, centrum Krynek. Jest bowiem nieprzeciętnej wielkości – odchodzi od niego 12 ulic, a w samym środku znajduje się park miejski. Zabytki to: 
        1. Kościół pod wezwaniem św. Anny w stylu gotyckim, wyświęcony w 1913 roku zachował swój kształt do dziś. Dwie strzeliste wieże, podłużne witrażowe okna, trzy dębowe ołtarze oraz piętnasto-głosowe organy nadają niezwykły charakter tej świątyni. 
        2. Dzwonnica przy kościele św. Anny, powstała pod koniec XIX wieku. Ma kształt bramy i została wzniesiona w stylu neogotyckim. 
        3. Cerkiew prawosławna pw. Narodzenia NMP mieści się tuż przy rondzie. Obecny wygląd zachowała z 1864 roku, gdy jej drewniana konstrukcja została zastąpiona murowaną. Jest zbudowana w stylu eklektycznym z przewagą cech neoromańskich i bizantyjskich. 
        4. Pozostałości Zespołu Dworskiego park De Virionów (XVIII – XIX wiek). 
        5. Pamiątki po Żydach Kryńskich: 
            - Bożnica - "Kaukaski Beth Midrasz" powstała w połowie XIX wieku. Charakteryzuje się czterospadowym dachem, nieregularnym rozmieszczeniem okien wykończonych półkolistymi zwieńczeniami oraz ozdobnymi gzymsami. Obecnie jest wykorzystywana przez Gminy Ośrodek Kultury. 
            - Bożnica słonimskich chasydów wzniesiona w XIX wieku. Jest to budynek dwukondygnacyjny z półokrągłymi oknami. Kiedyś mieściła się tu także szkoła religijna, dziś jest to magazyn. 
            - Ruiny Wielkiej Synagogi, w której w czasie II wojny remontowano czołgi, a w 1971 roku ówczesne władze wysadziły ją  w powietrze, 
            - Cmentarz żydowski z okresu od XVII do XX wieku. Jeden z najstarszych zachowanych na Podlasiu zabytków po Żydach.

            Zanim opuściłem miasteczko, udałem się w stronę Białorusi. Od zabudowań do granicy jest niespełna 2 kilometry, ale zakaz ruchu ustawiony jest tuż za nimi. Ale jak tam nie pojechać, gdy jestem już tak blisko? Więc pojechałem, z jednego pagórka na drugi i potem kolejny. Wkrótce zawróciłem. Z Krynek pojechałem na południe w kierunku Białowieży, do której dojechałem następnego dnia. Najpierw przeciąłem rzeczkę Nietupa i szlakiem tatarskim po pagórkach dotarłem do Kruszynian. Mój białostocki orient zaczął się od sentencji: 

”Idź między ludzi, bo żyjąc z nimi zaznasz ich dobroci, a umierając wśród nich, usłyszysz ich płacz”  - Ali Ibn Abi Talib, VII wiek.

Wschodnie rubieże Polski od Bohonik do Kruszynian to najstarsze w obecnych granicach Polski skupiska wyznawców islamu. Pamiętają one pierwszych Tatarów sprzed ponad 300 lat, osadzonych tu przez Jana III Sobieskiego. Obecnie we wsiach mieszka niewielu Tatarów, ale czynne meczety i cmentarze muzułmańskie (mizary) sprawiają, że oba te miejsca mają dla nich ogromne znaczenie nie tylko religijne, ale również symboliczne. Białostocczyzna to obszar, gdzie żyją wyznawcy różnych kultur i religii. Północ województwa to również mniejszość litewska i moleny staroobrzędowców. Południe i wschód Podlasia to 350 tysięcy wyznawców prawosławia i piękne stare drewniane cerkwie. Kruszyniany liczą około 300 mieszkańców, z tego 33 jest wyznania muzułmańskiego, reszta wyznania prawosławnego (we wsi istnieje parafia prawosławna) i katolickiego. Do dzisiaj mieszka tutaj niewielka mniejszość tatarska. Ludność mówi specyficzną gwarą – mieszanką białoruskiego i polskiego. Tu znajduje się drewniany meczet muzułmański z końca XVIII wieku (jeden z dwóch najstarszych w Polsce) i mizar, muzułmański cmentarz. Jechałem tym szlakiem z kolegami już w 2010 roku. Pod tym linkiem znajduje się więcej zdjęć ze wschodnich rubieży.

Green Velo tędy nie prowadzi! Green Velo omija Sokółkę, Bohoniki, Krynki i Kruszyniany. To woła o pomstę do nieba! Wschodni szlak bez wschodniej kultury? Z konsternacją przeglądałem jego przebieg w tych stronach.

Z Kruszynian przy ładnej pogodzie ruszyłem na południe w kierunku dużego jeziora Siemianowskiego. Planowałem jechać przez Żubry, Podozierany i Juszkowy Gród, żeby uniknąć ruchu na przygranicznych asfaltach. Najsłynniejszego Tatara zapytałem o jakość dróg w tamtą stronę. Widziałem go kiedyś w ogólnopolskim telewizyjnym programie przybliżającego tamtejsze tradycje. Oprowadzał nas też wcześniej po meczecie. Niestety nie miał dla mnie najlepszych wieści. Bardzo szybko to się potwierdziło. Pogoda była znowu ładna, więc po przejeździe samochodów, na żwirowych drogach długo utrzymywał się kurz. Nawierzchnie były gorzej niż kiepskie. Trafiał się bruk.

Tak było przez kilkanaście kilometrów. Miałem, to co chciałem. Najgorszy był czterokilometrowy odcinek w okolicach Wiejek. Polna droga była zamknięta, ale cóż było robić? Przecież nie wiedziałem, co mnie czeka za horyzontem. Trwała wielka przebudowa drogi, powstawała szeroka szutrówka, jakimi jeździłem wcześniej. Ale teraz bolało. Z daleka niosły się tumany kurzu od maszyn i ciężarówek, dowożących kruszywo. Z wierzchołka wzniesienia dopiero ujrzałem, co mnie czeka. Tak sobie wyobrażałem pola Grunwaldu w czasie bitwy, albo współczesny atak jednostek pancernych. Kurz z wyschniętych na pieprz ściernisk, unosił się w powietrzu i przy bezwietrznej, upalnej pogodzie ani myślał opadać. Musiałem przez to przebrnąć. Robotnicy zaśmiewając się, pytali, czy mnie GPS zawiódł. Podobni byli do młynarzy. Jechałem szerokim łukiem po ściernisku, ale często też rower prowadziłem. Każdy krok wzbijał tumany kurzu. W tak pięknych okolicznościach przyrody zmienianej przez człowieka, jeszcze nie byłem. Nie odmówiłem jednak sobie pstryknięcia kilku zdjęć. Aparat ustawiałem na belach sprzątniętej słomy bardzo delikatnie, by go nie zakurzyć. W końcu jakoś przez to przebrnąłem i pylicy się nie nabawiłem. O ile wrażeń i doznań biedniejsi są ci, którzy się kurczowo trzymają Green Velo. Tak zakończył się mój Szlak Tatarski.

Na Green Velo wróciłem dopiero w Narewce. Przed nią nocowałem we wsi Planta. Tego dnia o dziwo, mimo niesprzyjającej trasy, przejechałem 90 kilometrów. Ale nie to było najważniejsze. Najważniejsze, że to tu miałem swój biegun zimna. Tu dosięgło mnie nocą 3 stopnie! Rano było 8, w trasę ruszyłem przy 14, ale jakieś zimne były te 14 stopni. Ponieważ wieczór był chodny, więc nocna temperatura zbytnio mnie nie zaskoczyła. Noc przespałem mimo lekkiego, letniego śpiwora. Nie zawinszowałem sobie popularnego ostatnio night running.

Dalej czekała mnie Puszcza Białowieska i Białowieski Park Narodowy. Zanim wjechałem w przepastne czeluście puszczy, w ostatnim przysiółku natknąłem się na ładne jabłka leżące na trawie przy jezdni. Jabłoń wychylała się kusząco przez płot. Jak tu się nie schylić? Przecież nie będę szukał witamin w leśnych ziołach. I tak zaskoczyła mnie staruszka na rowerze, która wyrosła przy mnie jak spod ziemi. „Weźmie sobie więcej, pogryzie po drodze. Ale te są kwaśne, w sadzie są lepsze. Niech wejdzie. Reklamówkę dać?" Pewnie, że wszedłem. Nie mogłem miłej babuleńce sprawić zawodu. Zgodnie z prognozą wkrótce zaczęło padać i tak ze złośliwą konsekwencją padało prawie cały dzień. Było chłodno, a mniejsze deszcze często przechodziły w ulewy. Przynajmniej się nie kurzyło. Między kroplami widać jednak było oznakowanie Greeen Velo. Ciekło ze mnie aż do Białowieży. W GPSie miałem zaznaczone zadaszone stacyjki dla wędrowców, jedna z nich wyglądała jak mała willa, więc skorzystałem. Tu przydałby mi się gaz w butli. Białowieżę objeździłem w deszczu, a potem usiadłem w pizzerii z naiwną nadzieją, wbrew prognozie, że przestanie padać. Nie mogłem jednak zaczarować pogody. Omijając co większe kałuże i strumyki, ruszyłem asfaltową drogą do Białegostoku przez Hajnówkę. Pochyliłem się nad kierownicą, strzepywałem krople z nosa i odliczałem godziny.

Hajnówka zwana jest bramą do Puszczy Białowieskiej. Ja tą bramą ją opuszczałem. Sobór Świętej Trójcy w Hajnówce to największa w Polsce dwupoziomowa cerkiew prawosławna. Wybudowana według projektu prof. Aleksandra Gregorowicza z Poznania w 1982 roku. Jest wizytówką miasta. Cerkiew może pomieścić 5 tysięcy osób. Zgodnie z prawosławną tradycją wnętrze soboru pokrywają polichromie. Prezbiterium, w którym znajduje się ołtarz, oddzielone jest od nawy ścianą ikon. Środkowe drzwi noszą nazwę Królewskich Wrót. Zawsze znajdują się na nich ikony Zwiastowania Najświętszej Marii Panny i czterech Ewangelistów. Mniejsze drzwi to Diakońskie Wrota. Główny ikonostas wyróżniają starannie wykonane ceramiczne obramowania ikon i drzwi. Przypiąłem rower i wszedłem do wnętrza w swojej żółtej rowerowej kamizelce, podczas odbywającego się ślubu. Nieco odróżniałem się od gości weselnych. Kapało za mnie.

Śpiewy słychać było już na zewnątrz przez głośniki. Ludzie byli ubrani jak na naszych weselach, kobiety nie miały osłoniętych głów. Nad parą młodych natomiast, świadkowie nieprzerwanie trzymali przepiękne korony udekorowane „na bogato”. W tej cerkwi odbywają się Hajnowskie Dni Muzyki Cerkiewnej. To największy festiwal w Polsce i w Europie propagujący muzykę cerkiewną.

Powoli pogoda zaczęła się poprawiać.Po drodze spotykałem inne piękne, duże drewniane cerkwie. Były brązowe, niebieskie i zielone. Każda z nich piękna i wydawałoby się, że niepowtarzalna. Tragiczne koleje przeszła duża, niebieska cerkiew w Narwi. Ufundowana została prawdopodobnie w 1529 roku. 12 kwietnia 1990 pożar zniszczył jej wnętrze. Spłonął m.in. XVIII-wieczny wizerunek maryjny. Do pożaru doszło w Wielki Czwartek, podczas nabożeństwa. Zginęła jedna osoba – wierny, który próbował wynieść krzyż ołtarzowy. Wnętrze cerkwi następnie odrestaurowano, wstawiając nowe ikony i ikonostas. 25 września 1994 cerkiew została konsekrowana przez metropolitę warszawskiego i całej Polski - Bazylego. W tym samym roku w sąsiedztwie budynku wzniesiono ozdobną studnię do święcenia wody. Świątynię wpisano do rejestru zabytków w 1990 roku.

Niebo dotychczas zaciągnięte chmurami, zaczęło się przejaśniać. Na zachodzie nad horyzontem pojawiła się szczelina przez którą zaświeciło zachodzące czerwono słońce. Po burzy zawsze jest pogoda. Trzeba myśleć pozytywnie. Od razu poprawił się nastrój. Pola i lasy już nie parowały, było chłodno. Przenocowałem za Narwią we wsi Trześcianka. Wyróżniała się wśród innych. Wiódł tędy miejscowy szlak zwany „Krainą otwartych okiennic” i to była chyba jego wisienka na torcie. Inne wioski nie były takie malownicze. Domostwa wszędzie są zadbane, ale tu było bardziej kolorowo. Pootwierane okiennice, malowane w charakterystyczny sposób i narożniki domów, przyciągały wzrok. Zatrzymałem się przed zieloną cerkwią i robiłem zdjęcia. Do Białegostoku miałem jeszcze prawie 40 kilometrów, a dalej w Zabłudowie była ruchliwa droga nr 19 z Bielska Podlaskiego. Nocą nie chciałem nią jechać. Przejechałem dotąd 90 kilometrów. W pobliżu rozmawiały dwie kobiety, przy czym jedna była głośniejsza. Zagadnąłem o nocleg w jakimś sadzie. Młodsza, lekko podchmielona, pobiegła z pytaniem do znajomego obok. Nie zdążyliśmy jej powstrzymać.

W międzyczasie od drugiej uzyskałem zgodę na nocleg w jej pięknym, dużym i zadbanym sadzie. Miałem i wrzątek, i herbatę, i bezpieczną noc. Sad ogarnęła mgła z pobliskiej doliny Narwi. Ładnie prezentowała się podświetlona cerkiew za ogrodzeniem. Nocą było 8 stopni. To już ciepło było. Nazajutrz w Białymstoku przed odjazdem pociągu suszyłem odzież na słońcu przed kawiarenką. Namiot też wysuszyłem w mgnieniu oka w pobliżu dworca, bo wiało niemiłosiernie. Siedziałem na peronie przed odjazdem pociągu, konduktor sam zapytał czy nim jadę. Poprosiłem o pomoc przy załadunku roweru obciążonego czterema sakwami. Nie widział problemu. Kiedyś na Litwie konduktor uparł się, że sam załaduje nasze rowery, bo to jego obowiązek. Obawiałem się wtedy, że coś uszkodzi. Na szczęście nie dał rady i wszystko odbyło się tradycyjnie – zrobiliśmy to sami.

W prawie pustym wagonie dojechałem do Trójmiasta, dalej to już łatwizna. Tył składu od Olsztyna odłączany był do jazdy do Warszawy. Na trasie z niepokojem obserwowałem wielu podróżnych tłoczących się na peronie, również z rowerami. Obawiałem się tłoku, bo dalekobieżny pociąg nie miał przedziału rowerowego! Na szczęście dla mnie, oni jechali do Warszawy i gromadzili się zawsze na końcu składu. Miałem komfortowe warunki na precyzowanie pomysłu na następny wyjazd. Tak zakończył się mój dwunastodniowy rajd szlakiem Green Velo po Podlasiu. Opis ma dwanaście stron, to po jednej stronie na dzień. Miałem trochę notatek. Gdybym pisał z głowy (czyli z niczego – jak mówią prześmiewcy), byłoby zapewne mniej. 

Przebyta trasa znajduje się tutaj









Comments