5. Greenway Naszyjnik Północy

Odcinek Komorze - Czersk 286 km


     Przed rokiem po powrocie z trasy (opis tutaj) napisałem, iż wybierając się na rajd rowerowy szlakiem Greenway Naszyjnik Północy, musisz przeorientować swój sposób myślenia. Są to inne trasy, głównie leśne i polne, szutrowe lub zarośnięte trawą. Nie spotkasz tu żywego ducha. Nierzadko szlak wiedzie ścieżynką mimo tego, że w pobliżu biegnie lokalna wiejska asfaltowa droga. O co tu chodzi?

Teraz po przebyciu ponad 700 kilometrów Green Velo na Podlasiu, nieco zmniejszyłem swój krytycyzm. Co prawda, też są tam bezdroża i piachy, ale jakby trochę lepsze. Poza tym, za prawie 150 mln zł wzdłuż dróg powstają tam rasowe asfaltowe ścieżki rowerowe, które będą gotowe do końca 2015 roku. Ale wróćmy na ziemię, wróćmy na Naszyjnik Północy. Muszę ostatecznie przyznać,że niekoniecznie do przepięknych zakątków należy wjeżdżać asfaltem i niech już tak pozostanie.


    Zaczątkiem do tworzenia szlaku Greenway Naszyjnik Północy było podpisanie w 2000 roku Porozumienia Społecznego Naszyjnik Północy. Partnerami Porozumienia są jednostki samorządu terytorialnego, Wojewódzkie Fundusze Ochrony Środowiska, instytucje użyteczności publicznej, parki narodowe i krajobrazowe, nadleśnictwa, stowarzyszenia, fundacje, szkoły i przedsiębiorcy. Szlak ma długość 870 kilometrów, przebiega przez 4 województwa, 11 powiatów i 35 gmin. W terenie jest marnie oznakowany, chociaż zdarzają się chlubne wyjątki. Na siodełku należy wykazywać się dużą czujnością lub domyślnością. Niekiedy na długich odcinkach jest po prostu nieoznakowany. Można próbować jechać jakimiś innymi szlakami, które tez pojawiają się i znikają. Jednak tak nawigować nie radzę. Ja posłużyłem się śladem szlaku w formacie gpx, który przez organizatora wykreślony został na mapie, więc niezupełnie pokrywa się z drogami w terenie. Ale generalnie jest dobrze. Ten przebieg pobrałem ze strony Wirtualne Szlaki Kujawsko – Pomorskie.

     Na trasę wróciłem w okolicach jeziora Komorze, tj. w miejscu, w którym przed rokiem przerwałem wędrówkę z powodu deszczowej pory. Przedtem jechałem sam, teraz wybrało się ze mną trzech kolegów. Czekały na nas niespodzianki i mrożące krew w żyłach legendy. Rozwoju sytuacji mogłaby się spodziewać chyba jedynie Agatha Christie, która w jednej ze swych powieści gromadzi dziesięciu ludzi na bezludnej wyspie. Wszyscy zostali zaproszeni po to, by kolejno ginąć. Jak małe Murzyniątka z dziecięcej angielskiej wyliczanki. To jest jak pudełko czekoladek - mawiał Forrest Gump - nigdy nie wiesz, co ci się trafi.  

Jeden z kolegów wrócił z trasy jeszcze pierwszego dnia przed Bornem Sulinowo. Trudno, szkoda. Jechaliśmy dalej... W jednym z kolejnych dni przejeżdżaliśmy przez wioskę, o której krążą mroczne legendy.
                                                                             Ale o tym później.
Borne Sulinowo i Kłomino - miasto widmo  mają swoją bogatą,                                       Kliknij na pokaz slajdów

Borne Sulinowo, zimowy poligon

zagmatwaną tragiczną historię, którą opisałem w powyższych linkach. Bywam tam od ładnych kilku lat, czasami na dłużej. Nie tylko przejazdem. Ostatnio na zimowym rajdzie rowerowym w 2013 roku (Borne Sulinowo, zimowy poligon). Z przyrodniczego punktu widzenia, najciekawsze w okolicy są Wrzosowiska Kłomińskie w rezerwacie przyrody Diabelskie Pustacie, jedne z największych w Europie. Ich rozległe fioletowe przestrzenie i brzęczenie pszczół zawsze robiły na mnie duże wrażenie. Teraz wrzosy były nieco poszarzałe i nie tak efektowne, jak dawniej. Może to efekt suszy? Część z nich spłonęła, a czarne pożarzysko czuć było jeszcze spalenizną. Przejeżdża się tędy przez dawny poligon radziecki (dawniej – niemiecki) szeroką prostą, żwirową drogą. Sieć takich dróg i dróżek z resztkami asfaltu jest gęsta, jeździ się nimi z dużym zaciekawieniem. Pusto i bezpiecznie. A może niebezpiecznie dlatego, że pusto?  
                                                                                                     

                  Kliknij na pokaz slajdów 
            (album zawiera zdjęcia z dwóch rajdów)

Greenway Naszyjnik Północy

Dalej było Kłomino, a właściwe to, co już z niego zostało. Dawne radzieckie miasteczko z blokami i budynkami wielorodzinnymi przestało istnieć. W ostatnich latach intensywnie rozbierano
i burzono to, co pozostało po ich mieszkańcach. Nie można było znaleźć dla nich przeznaczenia. Ostatnio byłem tam dwa lata temu. Zmiany nastąpiły gwałtownie. Pozostała jednak tablica przy wjeździe od wschodu, mocno już zarośnięta, ostrzegająca przyjezdnych o braku włazów do studzienek kanalizacyjnych w jezdniach i chodnikach. Wszystko przecież można spieniężyć.

Po noclegu w pięknych okolicznościach przyrody, niepowtarzalnej, gdzie z oddali słychać było żurawie i porykiwania jeleni, ruszyliśmy na południowy wschód, w kierunku Złotowa. W pobliżu Sypniewa, przez które wiedzie Naszyjnik, leży Kolonia Brzeźnica z dawnymi radzieckimi atomowymi bunkrami, gdzie też kiedyś byłem. Ta baza była jedną z kilku baz w Polsce, w których w czasach dominacji rosyjskiej, magazynowano głowice jądrowe.

Dalej przez Sosnową Górę wjechaliśmy do Jastrowia. Za nim nad Gwdą natknęliśmy się na zniszczony stalowy most kolejowy. Konstrukcja „prawie dobra”, tylko przechylona, ponieważ wysadzone zostały przyczółki. 

Pomimo połowy września było gorąco, co zachęcało do kąpieli w mijanych jeziorach. Przez rezerwat krajobrazowy Uroczysko Jary dojechaliśmy do Złotowa. Tu w restauracji nad jeziorem trafił nam się obfity obiad, po którym nie bardzo chciało się dalej jechać, ale cóż, przygoda wzywa. We wsi Stare Święta mieliśmy okazję kupić wiatrak, ale nie mieliśmy drobnych. Przenocowaliśmy nad jeziorem o pięknej nazwie Śmiardowo. Przyjemna była wieczorna kąpiel przy zachodzącym słońcu w kryształowej wodzie (wbrew nazwie). O tej porze roku szybciej zapadał zmierzch, o dwudziestej pierwszej było już ciemno. Musieliśmy zmienić rytm dnia, wcześniej kłaść się spać i wcześniej wstawać. O ósmej rano byliśmy już w trasie. Nocą było
12 stopni. Po chłodnym poranku znowu zrobiło się ciepło. Ludzie mają tu miły zwyczaj witania przybyszów poczęstunkiem. Od wędkarza łowiącego obok nas węgorze przez całą noc, otrzymaliśmy rano gotowe już rybne kotlety. Skąd je miał? To tajemnica.

    Dalej ogromnymi pętlami lub małymi zakolami jechaliśmy w kierunku północno - wschodnim przez Kamień Krajeński, Tucholę do Czerska. O świcie przemknęliśmy przez turystyczną wieś Kujanki i dojechaliśmy do Zakrzewa z widocznym  
z daleka kościołem.
Ciekawa jest historia tej wsi. W ciągu kilku stuleci przechodziła różne koleje losu i wielokrotnie władze pruskie,
a w okresie międzywojennym - niemieckie, podejmowały próby jej germanizacji, ale ona zawsze pozostawała polska. W okresie międzywojennym Zakrzewo stało się prężnym ośrodkiem ruchu polskiego na Złotowszczyźnie, „duchową stolicą polskości”
w państwie niemieckim. Obok kościoła znajduje się Dom Polski, powstały w 1935 roku, który teraz obchodził jubileusz swego
80 - lecia.  Poprzednie kościoły były wielokrotnie niszczone. Obecny pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, został wzniesiony w latach 1839-1841 
z kamieni polnych, w stylu neoromańskim. Wieża została dobudowana w 1911 roku, w tym też roku wzniesiono nowe neobarokowe ołtarze, witraże i organy.  Kościół posiada bogatą polichromię wnętrza przedstawiającą świętych, wykonaną przez malarzy z Berlina.  Obrazy  na  ścianach  przedstawiają sakramenty święte. W ołtarzu głównym znajdują się figury świętych: Wojciecha, Wawrzyńca, Jana Nepomucena, Andrzeja Boboli oraz obraz Niepokalanej pochodzący z XVII-XVIII wieku. W górnej części ołtarza znajduje się dziewiętnastowieczny obraz św. Marii Magdaleny. Rokokowa ambona z bogato dekorowanym baldachimem pochodzi z II połowy XVIII wieku. 

Kolejną ciekawą wioską był Wielki Buczek ze swym szachulcowym kościołem pw. Św. Trójcy powstały w latach 1729-1734. Tu z kolei w okresie międzywojennym istniał oddział Związku Polaków w Niemczech, Towarzystwo Młodzieży Żeńskiej i Męskiej oraz Sekcja Sportowa żeńska i męska, Kółko Rolnicze, Zastęp Harcerski, Sodalicja Mariańska, Róże Różańcowe. W 1929 roku powstała szkoła polska. Dalej leży Mały Buczek. Jego lata świetności przypadły na okres międzywojenny. Niestety, Polacy nie mieli udziału w tej historii, gdyż mieszkali tu sami Niemcy.
O przeszłości Buczka krążą legendy. Podobno za panowania jednego z dawnych właścicieli, wieś nawiedzały straszliwe klęski. Jego dwie córki, by zapobiec nieszczęściom, musiały zaorać sochą rozległe okoliczne pola. Dokonały tego i uratowały wieś. Natomiast jeden z ostatnich właścicieli zaprzedał duszę diabłu. Mieszkańcy widywali go spacerującego pod lasem z dwoma czarnymi psami. Gdy jego żona odkryła tajemnicę - podcięła sobie żyły.

Największe zasługi dla Małego Buczka miał Adam Stanisław Goetzendorf - Grabowski, biskup Warmii. W 1737 roku zbudował tu dwór z pięknymi komnatami, ozdobionymi malowidłami i figurkami. Wokół dworu zasadził rozległy park. Przyjeżdżał tu na letni wypoczynek. Z biegiem czasu dworek był rozbudowywany. Ostatni właściciel posiadłości zginął tragicznie. Wracając z karczmy "„Pod Czarnym Orłem" w Lipce, potknął się przy wsiadaniu do powozu, upadł i poranił.
W drodze do domu wykrwawił się i wkrótce zmarł. W 1937 roku dwór przeszedł w ręce młodzieży hitlerowskiej. W styczniu 1945 roku Rosjanie podpalili dwór wraz z kościołem. Pozostałości zostały rozebrane i wywiezione do Warszawy. 

Do parku wiedzie długa aleja grabowa, będącą pomnikiem przyrody. Są tam tablice edukacyjne, scena i współczesne drewniane rzeźby. Jest ich zresztą więcej w okolicznych wioskach. Wykonane zostały przez lokalnego rzeźbiarza. Po okresie świetności dworu, pozostał tylko piękny park, w którym znajdują się wspaniałe okazy drzew: świerki, jodły, modrzewie, srebrzysta lipa, dąb o dwóch koronach, klony. Sprowadzone przez biskupa Grabowskiego drzewa są dzisiaj pomnikami przyrody. Jest ich 14 egzemplarzy: buki purpurowe, miedziane, jodły szlachetne, lipy drobnolistne i srebrzyste, świerki o nietypowym igliwiu i szyszkach, różnokwiatowe kasztany i platany. Są sadzone w taki sposób, aby jesienią komponowały się kolorystycznie i dawały piękny efekt. Nad całością pieczę sprawuje nadleśnictwo Lipka.

Opodal leży Debrzno, do którego jest zaledwie kilka kilometrów główną drogą, ale żeby nie było za łatwo, szlak skręca znienacka na zachód w kierunku Kiełpina. Tu nie wytrzymał jeden z kolegów i do Debrzna pojechał na skróty na kawę.

My we dwójkę dojechaliśmy tam dopiero po południu olbrzymim zakolem po bezdrożach, dwukrotnie przecinając jakieś drogi asfaltowe. Z płaskich okolic wjechaliśmy w pagórki. Piękna to była okolica tylko trochę dokuczał mocny przeciwny wiatr. Pojechaliśmy tamtędy, bo taki był plan. Chciałem jechać dokładnie Naszyjnikiem Północy. Przejechaliśmy też przez Lipkę i siedzibę nadleśnictwa. Otoczenie budynku jest ładnie zagospodarowane turystycznie, posiada nawet tablicę multimedialną. W okolicy odbywają się rajdy piesze i rowerowe. Przebiega tędy żółty szlak rowerowy z symbolem rowerzysty i napisem „Wolność jest w naturze”, którym jechaliśmy już wcześniej.  

    Debrzno to dawny gotycki gród warowny, który leżał na ważnym szlaku komunikacyjnym. Tutaj krzyżowała się tzw. „droga margrabiów” ze szlakiem handlowym, prowadzącym z Wielkopolski nad Morze Bałtyckie do Słupska i Sławna. W pobliżu Debrzna wytyczono ważną drogę żelazną łączącą Berlin z Królewcem, biegnącą tutaj na linii Piła-Chojnice. W czasie II wojny światowej Debrzno zostało bardzo mocno zniszczone. W latach 1974-1998 należało do województwa słupskiego.  Największym zabytkiem są pozostałości po krzyżackiej historii miasta. Wizytówkę miasta stanowią fragmenty murów obronnych i Baszta Czarownic. Jak głosi legenda, również tu, podobnie jak w wielu innych miejscach na Pomorzu, odbywały się procesy i egzekucje kobiet oskarżonych o czary. Prawdziwą psychozę polowań na czarownice przyniosło nadejście reformacji. Niechlubna kariera XV - wiecznej budowli obronnej, która też służyła jako ciężkie więzienie, głównie dla kobiet oskarżonych o czary, trwała do początków XVIII w.
W odległości 3 kilometrów na południe od miasta, już na terenie województwa wielkopolskiego, znajduje się dawne lotnisko wojskowe. Obecnie mieści się tam ośrodek "Rallyland" z torami wyścigowymi i bazą hotelową, którego właścicielem jest Tomasz Kuchar, kierowca rajdowy, wicemistrz Polski (2007 i 2009).
    
Z punktu widzenia rowerzysty podążającego Naszyjnikiem Północy ważny jest fakt, iż tu znajduje się Fundacja Lokalna Grupa Działania – Naszyjnik Północy. Od nich przed dwoma laty otrzymałem liczne, barwne i profesjonalnie wydane materiały o szlaku, sławiące atrakcje tego rejonu. Chciałem odwiedzić przedstawicielki tej Fundacji
i osobiście podziękować, niestety przybyliśmy tu za późno. W realizacji projektu uczestniczy też gmina Debrzno. Debrzno przyjmuje się za oficjalny początek i koniec szlaku, lecz  przejazd można oczywiście rozpocząć w dowolnym miejscu. 
    Tutaj pożegnaliśmy kolegę, który musiał zdążyć do Słupska na jutrzejsze popołudnie. Tak więc, jak we wspomnianej wyliczance o Murzyniątkach, zostałem już tylko z jednym kolegą. Do domu pośpieszył  oczywiście rowerem. Samotny nocleg spędził na łonie natury. Niestety rzeczywistość okazała się dla niego nieżyczliwa, ponieważ później na trasie dowiedział się, że wcale nie musiał wracać. Takie to życie pełne niespodzianek. Jest jak pudełko czekoladek -  mawiał Forrest Gump, jak wcześniej napisałem. My we dwójkę ruszyliśmy w kierunku Kamienia Krajeńskiego. Zarówno jemu, jak i nam dopisywała pogoda, teraz mieliśmy wiatr w plecy. 
    Na terenie gminy Kęsowo od Obrowa do Drożdżenicy ciągnie się linia obrony z 1939 roku. Jest to kompleks 6 bunkrów betonowych zbudowanych latem w 1939 roku w oparciu o przeszkody naturalne: rzeczkę Wytrych, bagna i pagórki, broniony przez 35 pp. pod dowództwem płk Jana Maliszewskiego z armii „Pomorze”. Miała ona  stanowić pas zaporowy przed ewentualną agresją ze strony faszystowskich Niemiec. Ówczesna granica państwa znajdowała się zaledwie 15 km na zachód. 
    Późnym popołudniem wjechaliśmy w pagórkowate zalesione tereny Gronowskiego Młyna i Witkowskiego Młyna. W ich pobliżu znajduje się kamienny Krąg Gotów. Teren jest przecięty niewielką, ale wartko płynącą rzeczką z pozostałościami tamy i młyna. W jednym z miejsc stromy i głęboki wąwóz, w szarzejącym dniu dodawał tajemniczości naszemu przejazdowi. Tu zbierali się właśnie na polowanie myśliwi jednego z kół. Już przed zmierzchem słychać było porykiwania jeleni.
Na nocleg wybraliśmy ogrodzoną łączkę przy leśniczówce. Zmierzch zapadał szybko, w zabudowaniach nikogo nie było, więc trudno, rozgościliśmy się sami. Dopiero rano pojawił się gospodarz zwabiony szczekaniem pieska, ale obydwaj dali się udobruchać. Noc była przepiękna chociaż chłodna, nad ranem było 9 stopni. Całkiem znośnie w porównaniu z niedawnymi moimi nocami na podlaskim odcinku Green Velo, gdzie temperatura spadała do 5, a raz nawet do 3 stopni. Czyste powietrze, bezchmurne niebo, jaskrawe gwiazdy i brak księżyca stwarzały niepowtarzalny klimat. Porykiwania jeleni stały się głośniejsze i jakby bliższe. Echo niosło się po okolicy. Jeszcze nigdy nie słyszałem ich tak blisko, tak wiele naraz i tak różnorodnych odgłosów. W ogóle są one przecież rzadkie. Rykowisko nie trwa wiecznie, rozpoczyna się w drugiej połowie września i trwa około 4 tygodni. Samce jeleni zaczynają ryczeć tuż przed zachodem słońca, a kończą o świcie.  Słychać je na wiele kilometrów. Tutaj przez całą noc słyszałem potężny, basowy ryk byków. Słyszałem też pohukiwania puszczyka. Najpierw z daleka, później bliżej i coraz bliżej. W pewnym momencie pohukując przeciągle, przeleciał nad namiotem. Powyższych odgłosów można posłuchać na myśliwskiej stronie Andrzeja Otrębskiego.
    Rano dalej przez Krajeński Park Krajobrazowy dojechaliśmy do Kamienia Krajeńskiego leżącego nad jeziorem Mochel. Jest to najmniejsze miasteczko w województwie kujawsko-pomorskim. W ogóle cała gmina mieści się w granicach Krajeńskiego Parku Krajobrazowego. Jadąc dalej, na północ od miasta  wjechaliśmy w malowniczy, pofałdowany teren ciągu moren czołowych. Dalej w Tucholi zrobiliśmy ostatnie zakupy spożywcze i ruszyliśmy na ostatni odcinek naszej trasy do Czerska na pociąg. Przejechaliśmy przez kolejny Obszar Natura 2000 Doliny Brdy i Stążki w Borach Tucholskich oraz Rezerwat Przyrody Dolina Rzeki Brdy. Mija się tu, jadąc krętą doliną rzeki, pagórki porośnięte sosnowymi lasami. Jeździłem już tędy przed laty. 
Z niewiadomych powodów szlak nie biegnie przez najciekawsze miejsce w tym regionie, tj. akwedukt Fojutowo, będący skrzyżowaniem Wielkiego Kanału Brdy, mającego za zadanie nawodnienie kompleksu łąk na południe od Czerska, z niewielką rzeczką Czerską Strugą. Podobnymi akweduktami starożytni Rzymianie doprowadzali wodę z gór do swoich miast. Jest tu też wiele pomniejszych kanałów i śluz.
W XIX wieku wielkie powierzchnie łąk w Borach Tucholskich, właśnie w okolicach Czerska i Legbąda, wykorzystano dla militarnej potęgi państwa pruskiego – do produkcji siana dla wielkiej armii. Bory Tucholskie leżały zaledwie o jeden dzień jazdy konnej od granicy z imperium rosyjskim, stąd i przemyślność pruskich strategów, by paszę mieć na miejscu. 
    W Czersku kasjerka sprzedała nam bilety na nieistniejący pociąg ze Szczecinka, ale o dziwo, tam bez żadnej prośby, zwrócono nam pieniądze. Jest to kolejny dowód, że kolej rządzi się swoimi niezrozumiałymi prawami. Dobrze jeśli są one przyjazne podróżnym. 

Przebyta trasa znajduje się tutaj .



Comments