1. Włochy i Alpy

 
Nad jeziorem Garda

Czy wszystkie drogi prowadzą do Rzymu? Z pewnością.


To była wyprawa inna niż wszystkie, a przynajmniej jej początek. Postanowiliśmy polecieć samolotem do Rzymu, a potem już na kołach przez Alpy do Niemiec i dalej pociągiem do domu. Łącznie wyprawa trwała 3 tygodnie i przejechaliśmy rowerami ponad 1600 km. W Alpach wspięliśmy się na wysokość 1374 m npm na granicznej przełęczy Brennero – Brenner. Było nas pięcioro. To był debiut w powietrzu, a co się z tym wiąże – wiele problemów z pakowaniem sprzętu i bagaży zgodnie z wymogami linii Wizz Air. Bilety kupiliśmy z dużym wyprzedzeniem przez internet, co pozwoliło obniżyć koszty. Spakowaliśmy rowery do kartonów po ich uprzednim częściowym rozkręceniu i zabezpieczeniu. Do kartonu zmieściło się jeszcze trochę drobiazgów i namiot. Konieczny jednak był dodatkowy bagaż, tzw. rejestrowany. Do każdego dodatkowego kartonu o dopuszczalnej wadze 32 kg, pakowaliśmy się we dwóch. Po zapewnieniu sobie transportu na lotnisko w Gdańsku, z którym było trochę problemów w ostatniej chwili, reszta poszła już gładko. Na lotnisku Fiumicino pod Rzymem poskładaliśmy to wszystko w odwrotnej kolejności i ruszyliśmy do Wiecznego Miasta. Mieliśmy tam załatwione dwa komfortowe noclegi ze śniadaniami więc zwiedzanie odbywało się bez zbędnego bagażu i w dobrym nastroju. Nie opiszę tu atrakcji turystycznych, ponieważ o zabytkach można by długo opowiadać. Każdy o nich słyszał, a wielu zapewne widziało.

      Kliknij dwukrotnie na pokaz slajdów

Włochy i Alpy

Rzym,  Miasto Siedmiu Wzgórz, stolica antycznego cesarstwa założonego przez Romulusa. Tu prowadzą wszystkie drogi. Zwiedziliśmy wiele zabytków, takich jak Koloseum, Fontanna di Trevi (niestety akurat była w remoncie), Forum Romanum, Kapitol, Lateran i Bazylika Św. Jana, Wzgórze Palatyńskie, Circus Maximus... Byliśmy oczywiście w Watykanie i mimo olbrzymiej kolejki na Placu Św. Piotra, ze słynnym obeliskiem symbolizującym triumf chrześcijaństwa, dostaliśmy się do Bazyliki Św. Piotra. Jest to najważniejsze miejsce hierarchii kościelnej oraz jedna z najbardziej monumentalnych budowli na świecie. W jej wnętrzu znajdują się dzieła tej miary, co Pieta Michała Anioła. Byliśmy też w kryptach watykańskich. 



W tych katakumbach znajdują się grobowce papieży. Jedynie grób Jana Pawła II został niedawno przeniesiony do Bazyliki. Jestem pod wrażeniem przepychu, wielkości i kunsztu wnętrz

Film z YouTube

rzymskich kościołów, a w sumie w Europie już ich trochę widziałem. Po południu trzeciego dnia wyruszyliśmy z Rzymu wybrzeżem Morza Tyrreńskiego w kierunku Pizy. Dopiero w połowie drogi, po opuszczeniu prowincji Lacjum, gdzieś w okolicach Grosseto, gdy wybrzeże nabrało skalistego charakteru, jazda stała się szczególnie ciekawa. Wjechaliśmy do malowniczej Toskanii. Region jest jednym z najważniejszych centrów turystyki na świecie. Regionalna kuchnia i wina cieszą się dużą popularnością. Zaglądaliśmy w różne boczne drogi, przejeżdżając przez niewielkie miejscowości, by unikać głównego nurtu pojazdów. Nie odmówiliśmy sobie wjazdu na półwysep Orbatello i dojazdu do Piombino, z którego wyspę Elbę widać już było bardzo wyraźnie. Wypatrywaliśmy jej dużo wcześniej. Przejechaliśmy tym samym niemal wszystkie prowincje Toskanii: Grosseto, Livorno, Pisa, Luca, Pistola, Prato i Firenze. Mijaliśmy bardzo urozmaicony krajobraz. Góry porośnięte są drzewami iglastymi, niżej na wzgórzach rosną gaje oliwne. Wokół palmy i agawy. Często mijaliśmy malutkie wioski złożone z kilku gospodarstw. Duże historyczne miasta, bogate w zabytki, położone są na nizinach otoczonych wzgórzami. Uprawiane są tu głównie: zboża, ziemniaki, bób, karczochy, winorośl, oliwki, brzoskwinie, śliwki i rośliny pastewne. Produkcja się tu wina i oliwę z oliwek. Jedną z nocy spędziliśmy na rozległym kamienistym wzniesieniu pośród rzadko rosnącej, kolczastej roślinności, ale za to z widokiem na Morze Tyrreńskie. Nad jego horyzontem powoli chowało się słońce, zachód był bardzo malowniczy. Do kolacji miałem białe wino. Późnym wieczorem gdzieś wysoko w chmurach rozbłysło kilka błyskawic. Nocą pojawiły się robaczki świętojańskie. Był to przełom maja i czerwca. Ich jaskrawe światełka pełgały wszędzie, było ich dużo. Interesujący i niespodziewany spektakl. Już dawno ich nie widywałem, ostatnio chyba we Francji. Potem towarzyszyły nam już na każdym noclegu i zawsze wzbudzały we mnie zaciekawienie. Spędzałem zawsze kilka chwil na ich podziwianiu. W Alpach już ich nie było.

    Piza leży nad rzeką Arno 13 kilometrów od Morza Tyrreńskiego. Słynie głównie z Krzywej Wieży (Torre Pendente), która stoi na Polu Cudów (Campo dei Miracoli). To centralny punkt, do którego ściągają wycieczki z całego świata. Jest tu także katedra i baptysterium. Tłok jest tu zawsze, trudno zrobić ciekawe zdjęcie!
Nie brakuje tu również rodaków, którzy ujawniają się, ponieważ zawsze jeżdżę z polską flagą.

    Lukka określane jest romantycznym miastem. Przetrwała do naszych czasów prawie nienaruszona. Otoczone jest starymi murami, a jej historyczne centrum należy do największych atrakcji Włoch. Pełno tu brukowanych uliczek, pięknych pałaców, wież oraz kościołów. Lukka to również miejsce urodzenia Giacomo Pucciniego, jednego z najsłynniejszych włoskich kompozytorów opery. Co roku latem odbywa się tutaj festiwal jego imienia.

Stąd omijając niewielki pasmo górskie, zjechaliśmy ponownie do doliny rzeki Arno, wzdłuż której zaczęliśmy podążać do Florencji – stolicy Toskanii, przepełnionej duchem renesansu i słynącej z przepychu architektury. Swoją sławę i popularność zawdzięcza nie tylko pięknym zabytkom, ale również ludziom, którzy je stworzyli oraz potężnym rodom wywodzącym się z tego regionu. Są to: Michał Anioł, Dante Alighieri oraz rodzina Medyceuszy, najsławniejsza rodzina mecenatów sztuki. Najsłynniejszym zabytkiem jest Katedra Santa Maria del Fiore, górująca nad miastem. Kościół ten był niegdyś największą świątynią chrześcijańską, dzisiaj natomiast zajmuje na tej liście czwarte miejsce (po Bazylice św. Piotra w Rzymie, Katedrze św. Pawła w Londynie oraz katedrze w Mediolanie). Budowa świątyni trwała 150 lat. Katedra zwieńczona jest ogromną ceglaną kopułą. Obok świątyni znajdują się Dzwonnica Giotta oraz Baptysterium.

Równolegle do naszej trasy ciągnął się łańcuch Apeninów, który w końcu musieliśmy przekroczyć za Florencją i Prato, wjeżdżając w kolejną krainę zwaną Emilią - Romanią. Przenocowaliśmy jeszcze przed górami, by nie szukać miejsca na stromych stokach. Apeniny nie są wysokimi górami, ale przy przejeździe rowerem w upale, dają się nieco we znaki. Ja nie miałem powodów do narzekań. Piękne widoki, rozległe uprawy winorośli, inna roślinność w pobliżu przełęczy na wysokości około 700 m npm oraz długie i szybkie serpentyny na zjazdach, dostarczyły niezapomnianych wrażeń. Na podjazdach zwykle jeździmy samotnie. Każdy ma inne tempo. Widujemy się jednak od czasu do czasu, gdy ktoś np. zatrzyma się na dłuższą sesję zdjęciową, lub na posiłkach. Tu serpentyny nie pięły się w górę zbyt ostro. Towarzyszyła mi bezwietrzna cisza. W rozgrzanym powietrzu w wyższych partiach unosił się intensywny, słodki zapach akacji. Słychać było brzęczenie pszczół. Z akacjami konkurowała woń dzikiego bzu, ale za nim nie przepadam. Na niebie nie było żadnej chmurki. Upał i susza i żadnego ruchu powietrza. Dopiero za przełęczą natknęliśmy się na malutką strużkę wody, spływającą z gór. Ujęta była w formie betonowego poidła dla bydła. Tu spotkaliśmy się wszyscy na krótki odpoczynek. Za Apeninami wjechaliśmy na olbrzymią równinę, która wchodzi w skład największej równiny półwyspu - Niziny Padańskiej. Do samego Adriatyku mieliśmy już płasko. Adriatyckie wybrzeże regionu jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc we Włoszech. W Emilii – Romanii dużą rolę odgrywa przemysł samochodowy zlokalizowany w Maranello, blisko Modeny, gdzie znajduje się fabryka i muzeum Ferrari. Jako jedyny, nie mogłem obok muzeum przejechać obojętnie. Znajdują się tu oryginalne modele aut, które już znałem, ale jest również dużo pojazdów rzadko spotykanych. Są tam i motocykle, i łodzie wyścigowe, i oczywiście rowery. Zwiedzanie zajęło mi dużo czasu, mogłem zrobić wiele zdjęć,
a koledzy wykazali się cierpliwością. 

Stolicą regionu Emilia - Romania jest Bolonia, znana ze znacznego wkładu w światową naukę. Została założona jeszcze przez Etrusków. Dotarliśmy do niej w pocie czoła i nerwowej atmosferze wskutek nietrafionej trasy wybranej przez jednego z kolegów, na podstawie błędnych wskazań nawigacji. Bolonia od strony naszego wjazdu otoczona jest stromymi wzgórzami i właśnie przez nie pchaliśmy nasze objuczone rowery bocznymi dróżkami i uliczkami, pomiędzy osiedlami, zamiast wjechać płaską doliną rzeki. Miasto znane jest głównie dzięki pierwszemu europejskiemu Uniwersytetowi założonemu w 1088 roku. Za Mussoliniego był to liczący się ośrodek faszyzmu, który później stał się jednym z najbardziej lewicowych miast we Włoszech. Wjechaliśmy wprost na słynne Dwie Wieże (Due Torri) będące pozostałością po blisko 200 wieżach, które były symbolem Bolonii w średniowieczu. Zwą się Torre degli Asinelli oraz Torre della Garisenda. Jedna z nich jest niebezpiecznie przechylona. Ciekawostką jest fakt, że Dante wspomniał o Wieży Garisenda w Pieśni XXXI swej Boskiej Komedii. Legenda głosi, że kto na nią wejdzie w trakcie studiów, nigdy się nie obroni. Bolonia liczy ponad 380 tysięcy mieszkańców, ale historyczne centrum nie zajmuje dużej powierzchni. Jego serce stanowi plac Piazza Maggiore, przy którym stoi majestatyczna Bazylika świętego Petroniusza, patrona Bolonii. Mająca ponad 130 metrów długości i 60 metrów szerokości, będąca szóstą największą świątynią w Europie. Mieści się przy głównym placu miasta, ale nie ma fasady. 

Miasto bardzo mi się spodobało. Jest inne niż wszystkie,

a to chyba za sprawą podcieni - portyków ciągnących się wzdłuż większości ulic w centrum. Są przepięknie zdobione i stanowią ważne dziedzictwo architektoniczne i kulturowe. Razem z licznymi wieżami są też najważniejszym symbolem miasta. Nie istnieje drugie takie miejsce na świecie, gdzie byłoby aż tyle portyków i bram: łącznie mają długość 53 km (!). Ze względu na swe walory artystyczno - kulturalne, portyki bolońskie są włoskim zabytkiem kulturowym, kandydującym do “dziedzictwa ludzkości” UNESCO. Portyki mają swe początki w czasach późnego średniowiecza i są efektem powiększania powierzchni mieszkalnych budynków z powodu nagłego wzrostu populacji, napływu studentów i uczonych, związanych z Uniwersytetem Bolońskim oraz napływu ludności wiejskiej. Początkowo jedynie poszerzano wyższe piętra, następnie zaczęto budować także kolumny podtrzymujące piętra, aby zapobiec zawaleniu. W ten sposób powstały portyki. Stanowiły doskonałe schronienie przed opadami oraz słońcem, umożliwiając przemierzanie ulic w każdych warunkach atmosferycznych. My w tym miejskim upale poruszaliśmy się tylko ocienioną stroną ulic. Ponadto portyki były również dodatkową przestrzenią umożliwiającą wszelki rozwój komercyjny oraz rzemieślniczy oraz
izolowały mieszkania na parterach od wszelkich nieczystości ulicy. Rowerami nie można się w nich poruszać, ale nic to. Marmurowe zdobione posadzki, gładkie jak lustro, świetnie się nadają do jazdy w przeciwieństwie do historycznych brukowanych ulic. Portyki zaczęły powstawać masowo w 1288 roku, kiedy ustanowiono, że wszystkie nowe budynki, muszą być zaprojektowane wraz z portykami, a te już istniejące, powinny być w nie wyposażone. Portyki powinne być wysokie na minimum 7 stóp bolońskich (2, 66 m) i szerokich na tyle, by umożliwić swobodne poruszanie się człowiekowi z koniem. W późniejszych latach wymagania władz wzrosły jeszcze bardziej i najnowsze budynki musiały być wyposażone w portyki na 10 stóp bolońskich (3,60 m). W połowie XVI wieku powstały niektóre z najbardziej znanych portyków bolońskich: podcienia Chiesa dei Santi Bartolomeo e Gaetano na Strada Maggiore, dzieło Andrea da Formigine (wg Bolonia.pl)
.

Byliśmy też w San Lazzaro w Bolonii, na największym we Włoszech cmentarzu polskich żołnierzy. Pochowano tam ponad 1400 polskich żołnierzy z 2 Korpusu Polskiego, którzy zginęli między innymi w bitwie o Bolonię. Sam cmentarz powstał z inicjatywy generała Andersa. Przy jednej z głównych bolońskich ulic - Strada Maggiore, w połowie XIX wieku, mieszkał sam Adam Mickiewicz, a pół wieku później utworzono Akademię Historii i Literatury Polskiej i Słowiańskiej jego imienia.

W Bolonii pożegnaliśmy koleżankę, która musiała wcześniej wrócić do kraju. Stąd przez Ferrarę pojechaliśmy nad Adriatyk. Jechaliśmy przez prowincję zwaną Wenecją Euganejską. Dzień był jakimś lokalnym świętem. Na nocleg przed Ferrarą wybraliśmy widoczne z dala, odosobnione, opuszczone gospodarstwo. Tym razem, ponieważ nie były to już góry, miejsca nie brakowało. Namioty rozstawiliśmy w sadzie. Mój stanął pod wielką rozgałęzioną morwą. Zawsze, jeśli to możliwe, staram się rozstawiać namiot w taki sposób, by poranne promienie słońca zdążyły go wysuszyć z nocnej rosy. Chociaż tutaj noce przeważnie były suche i bardzo ciepłe. Proszę sobie wyobrazić, że nocne temperatury wahały się w granicach kilkunastu stopni. Tym razem nocą było 16 stopni. To już raczej za ciepło. Nadaremnie czekałem na lekki wietrzyk. Wieczorem, gdy z jednej strony słońce pomału chowało się za horyzont, z drugiej - zaczął pomału wyłaniać się wielki pomarańczowy księżyc w pełni. Był nienaturalnie duży. W tych pięknych okolicznościach przyrody powoli przygotowywałem posiłek. Do kolacji miałem tym razem wytrawne toskańskie czerwone wino Rosso. Do Ferrary jechaliśmy zatłoczoną drogą, zatopiłem się w myślach, mniej zwracając uwagę na otoczenie.

    Miasto Ferrara, choć niewielkie, jest jednym z najpiękniejszych miast tego regionu. Zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W Ferrarze zwiedziliśmy Katedrę Basilica Cattedrale di San Giorgi, zamek otoczony fosą, Pałac Diamentowy Palazzo dei Diamanti. Na jego elewację składa się z 8500 kamieni w kształcie diamentu. Ferrara jest miastem rowerów, rowerzyści w różnym wieku są wszechobecni. Tu już nie spotyka się tylu skuterów jak w innych miastach. Jechaliśmy wzdłuż rzeki Pad (Po), która jest najdłuższą i największą włoską rzeką. Ma długość 652 km. Toczyła szare mętne wody nie zachęcające do kąpieli, ale mieliśmy tu jeden nocleg i jednak się zanurzyliśmy w wartkim nurcie. Był to chyba okres po niedawnych wielkich ulewach w jej dorzeczu. Jechaliśmy ścieżkami biegnącymi wysoko po wałach przeciwpowodziowych. Tereny zalewowe porośnięte wierzbami, pokryte były siwym pyłem, który unosił się spod trawy przy każdym stąpnięciu. Przy brzegach było wiele nietypowych pływających pomostów, mocowanych na wysokich palach. Wyglądały jak olbrzymie pająki przycupnięte nad wodą. Umożliwiało to zmianę wysokości pomostu wraz ze zmianą wysokości lustra wody. Przypuszczam, że w okresie częstych powodzi, te zmiany były bardzo duże. Podobne pomosty i przystanie istnieją w Wenecji. Rzeka Pad uchodzi do Morza Adriatyckiego w pobliżu Wenecji tworząc deltę – jedną z najbardziej rozbudowanych w Europie. Delta, zaczynająca się już w pobliżu Ferrary, ma powierzchnię około 380 km². Liczy 14 ramion. Koniecznie chciałem znaleźć się w tej delcie, by dojechać nią do Adriatyku. Jest to olbrzymi teren z asfaltowymi dróżkami na groblach, pomiędzy zalewami i jeziorami, jakże odmienny od spotykanych gdzie indziej, z wieloma przystaniami rybackimi i porozstawianymi w wodzie sieciami. Bardzo rzadko przejeżdżały tędy auta osobowe. Był upalny dzień i wokół unosiła się woń butwiejącej roślinności. Wokół pełno ptactwa różnej maści. Gdyby nie dobra mapa GPS, można by długo błądzić wśród mokradeł. Wody było tutaj pełno wokół, ale zdecydowanie nie nadawała się do kąpieli. 

Przez wiele dni lato nam dopisywało, temperatura często

dochodziła do 40 stopni. Wędrowaliśmy na północ wzdłuż weneckiej laguny. Na najbardziej wysuniętym w stronę Wenecji półwyspie, leży Chioggia. Tu wreszcie popływaliśmy w Adriatyku. Trudno było dobrnąć do lazurowej wody, bo piasek parzył w stopy. Zaskoczyło mnie to miasto swoim urokiem, przypominającym Wenecję, lecz mające również charakter portu rybackiego. Upał, historyczna zabudowa nad kanałami, liczne mosty i wiele rybackich kutrów. Przy bardzo długim falochronie, wybiegającym kilkaset metrów w stronę laguny, było wiele olbrzymich sieci w kształcie monstrualnych podbieraków i domki na palach. Falochron stanowił jednocześnie bulwar, po którym poruszali się spacerowicze i jeździły skutery. Rower nikogo więc tam nie zaskakiwał. Miasto o różnych obliczach opuściliśmy w równie zaskakujący sposób. Wyjechaliśmy stąd 5 kilometrową, wąską groblą biegnącą przez wenecką lagunę. Biegnie po niej droga z bardzo dużym ruchem samochodowym i prawie wcale nie ma tam poboczy. Jedzie się nieprzyjemnie i z duszą na ramieniu. Okrążyliśmy lagunę i przez Padwę zmierzaliśmy do Wenecji. Padwa bywa nazywana Miastem Świętego Antoniego i jest jednym z najważniejszych celów pielgrzymek. Na początek trafiliśmy na wielki bazar w samym centrum. Najważniejszym punktem miasta jest Basilica di San’Antonio. Święty ten jest jednym z symboli miasta: ulice, budynki, chleb, a nawet słodycze noszą jego imię. Sama bazylika różni się od większości katolickich świątyń bizantyjskimi kopułami oraz wieżyczkami, które przypominają minarety. Wewnątrz znajduje się Cappella di Sant’Antonio, w której spoczywają kości Świętego Antoniego, a w przepięknie zdobionym relikwiarzu zachowano jego struny głosowe, szczękę oraz język. Niestety zdjęć relikwii nie można było zrobić. Do bazyliki można było wejść w wyjątkowo skromnych strojach, a przed wejściem dziewczęta musiały kupować chusty do okrycia swych kusych spódniczek lub szortów. My ubraliśmy długie spodnie, spodziewając się takich wymogów, które spotyka się wszędzie, lecz nie zawsze są one przestrzegane.

W Wenecji ulokowaliśmy się na kempingu (bez wcześniejszej rezerwacji), który mogę polecić wszystkim. Był to Camping Village Jolly – Mestre. Zajęliśmy klimatyzowany bungalow na dwie noce (upały dawały się we znaki), w którym zostawiliśmy rowery ze sprzętem na czas zwiedzania Wenecji. Nie wyobrażam sobie taszczenia ich po wielu kładkach, mostkach i schodach. W dodatku z sakwami? Kemping ma własny autokar dowożący mieszkańców do stacji tramwajów wodnych. „Waporettem” (za 7 €) przez Canal Grande dotarliśmy do centrum, do placu Św. Marka. Opłaty za kemping i transport nie są wysokie. Bungalow kosztował 40 € na dobę, autokar 2.50 €. Lepiej jest kupić od razu bilet tam i z powrotem za 5 €, ponieważ zyskuje się pewność, że zabierzemy się z Wenecji na kemping. Na kempingu bilet też trzeba nabyć z wyprzedzeniem, ponieważ rano jest wielu chętnych na przejazd o określonych godzinach. Autokary odjeżdżają co godzinę. Wenecja położona jest na kilkunastu wysepkach połączonych wąskimi kanałami, nad którymi ulokowana jest 800-letnia zabudowa dawnej Perły Adriatyku. Ze swoimi zabytkami, bogactwem artystycznym oraz kulturalnym, a także niesamowitą atmosferą, miasto jest prawdziwym rajem dla turystów. Chłonąłem oczami każdy zabytek – czyli wszystko, począwszy od pełnej przepychu bizantyjskiej Bazyliki św. Marka. Przepychałem się łokciami z aparatem, wyszukując ciekawych ujęć. Na fasadzie umieszczone są sławne rumaki z brązu, pochodzące z epoki antycznej, zrabowane przez Wenecjan z Konstantynopola podczas jednej z krucjat. Wewnątrz znajduje się wiele cennych zabytków, a prawie wszystkie ściany i sklepienia zostały pokryte złotą mozaiką. Tu też nie wolno fotografować. Potem Pałac Dożów, Most Westchnień, po którym skazani przestępcy przechodzili po procesie, spoglądając po raz ostatni na przepiękną Wenecję. witryny z maskami, itd., itd... I wszechobecne barwne gondole poruszające się majestatycznie po szerokich kanałach i zwinnie po ciasnych zaułkach. Wydaje się, że byliśmy w każdej uliczce i w każdym ciasnym przejściu, jednak warto tu wrócić. Stąd obraliśmy kierunek zachodni zmierzając do Werony i dalej do jeziora Garda, gdzie po 400 kilometrach płaskiej trasy wjechaliśmy w góry. Nie byle jakie! Rano na kempingu było 25 stopni, w ciągu dnia w słońcu przy bezchmurnym niebie 36 stopni. Mieliśmy lekki wiaterek w plecy. Zwykle jeżdżę bez koszulki, na początku trasy nieco się posmarowałem jakimś kremem z większym filtrem, później już go nie używałem. Czasem przed słońcem chroniłem się koszulką. Na początku schodziła skóra, później już nie nie. Jak zwykle.

Werona swoją popularność zdobyła dzięki roli w sztuce angielskiego dramaturga Wiliama Szekspira „Romeo i Julia”. Dom Julii, a w szczególności jej balkon, to jeden z najbardziej znanych i odwiedzanych zabytków we Włoszech. Wchodząc na dziedziniec, na którym tłok jest przeogromny, możemy zobaczyć ścianę pełną miłosnych wiadomości, pozostawionych tutaj przez zakochanych turystów z całego świata. Na dziedzińcu znajduje się posąg Julii zrobiony z brązu. Wieść głosi, że każdy kto chce mieć szczęście w miłości powinien dotknąć jej piersi. Dotknęliście jej kiedyś? Zwiedzając dom można wejść na balkon, z którego książkowa Julia miała rozmawiać ze swym ukochanym Romeo. Słynny balkon został jednak dobudowany dopiero w 1935 roku. Na głównym placu miasta Piazza delle Erbe, znajduje się fontanna Madonna Verona, zbudowana z fragmentów term z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Piazza Brà to wielki plac, nad którym góruje jeden z symboli miasta – imponująca Arena. Ten jeden z największych rzymskich amfiteatrów na świecie, wybudowany został w I wieku naszej ery. Ciekawostką jest fakt, iż budowla jest nadal czynna, wystawiane są światowe opery, a także koncerty największych gwiazd włoskiej i zagranicznej muzyki. Nad miastem w pobliżu centrum, góruje zamek.

Wkrótce wjechaliśmy w kolejny włoski region - Trydent Górna Adyga. Tu znajdują się Alpy oraz Dolomity. Przepływa tutaj również rzeka Adyga, od której pochodzi nazwa. Zaczęły się wysokie góry oraz lodowce przykryte mgłą, które można podziwiać z kolejnych dolin. Jechaliśmy wschodnim brzegiem jeziora Garda, największym i najczystszym jeziorem tego kraju. Kolor przypomina wodę Adriatyku. Jest wąskie i ciągnie się na długości 55 kilometrów. Jego znaczna długość i głębokość jest typowa dla jeziora polodowcowego. Lodowiec wypełnił i pogłębił istniejącą dolinę górską. Wreszcie mogliśmy popływać! Wcześniej nigdzie nie można było ani popływać, ani nawet zamoczyć stóp (oprócz Adriatyku). W połowie jego długości urządziliśmy sobie nocleg. Trudno było powbijać szpilki w wapienny rumosz skalny. Wokół jeziora położonych jest kilkanaście typowo włoskich, romantycznych miasteczek z wąskimi uliczkami, tarasami widokowymi i prawdziwie włoskimi restauracjami. Na końcu jeziora zaczął się nam nieustający podjazd, około 300 kilometrów przez Alpy. Jednak najbardziej stromy odcinek mający długość 10 km był dużo dalej. Znajduje się już w Tyrolu na zachód od Innsbrucka, między Zirl a Seefeld.

Ranek był gorący, było 26 stopni. Potem temperatura oscylowała wokół 35 stopni. Jechaliśmy dobrze oznakowaną asfaltową ścieżką rowerową biegnącą po wale przeciwpowodziowym, na której spotykało się wielu rowerzystów. Ale tak jak wszędzie, byli to miejscowi, na rowerach wyścigowych. Na całej trasie turystów z sakwami spotykaliśmy rzadko. Najpierw trasa wiodła szeroką doliną rzeki Adige, słynną drogą Legionów Rzymskich Via Claudia Augusta, później od Bolzano – Bozen wzdłuż rzeki Isarco - Eisack. Odbywa się tędy cały ruch przez Alpy. Wiodą tędy zarówno drogi samochodowe (lokalne, szybkie i autostrada) jak i trasa rowerowa, często wytyczona odrębnie, nawet z przejazdami w skalnych tunelami. Komfortową,

odrębnie poprowadzoną ścieżką rowerową jechaliśmy dwa dni, a więc prawie 200 km. Pierwszego dnia po obu stronach ciągnęły się rozległe winnice o różnym wieku
i wypielęgnowane olbrzymie sady  z jabłoniami.
W większości poprzykrywane były siatkami, by ptactwo nie podbierało owoców. 
Z daleka wyglądały jakby były przykryte ciemnoszarą mgłą. Trudno znaleźć nocleg w takiej sytuacji. Kiedyś w rejonie któregoś z noclegów usłyszałem muzykę, a później wśród drzew dostrzegłem głośniki, z których sączyła się ta muzyka. To miał być efekt odstraszający? Kolorowe domki w niewielkich miejscowościach przyklejone były niemalże do stóp pionowych skał. Cisza, spokój, szum rzeki i strumieni. Nuda jak w polskim filmie. I bezpiecznie. Można tam wysyłać samotnie nasze pociechy. Nie zbłądzą. Trasa jest świetnie oznakowana. Co pewien czas poustawiane są tablice  z turystycznymi informacjami , a co ważne - również z profilem trasy. Zaznaczone są miejsca aktualnego postoju. Wiadomo więc dokładnie ile nas jeszcze potu czeka przed przełęczą i jak jest do niej daleko. Na pewnym odcinku zmienił się nam nieco charakter trasy, ponieważ rzeka płynęła przełomem przez dużo węższą malowniczą dolinę. Często wjeżdżaliśmy do wiosek i miasteczek. Przez cały dzień, a więc przez około 90 kilometrów jechaliśmy po płaskim terenie, jak to bywa z wałami Z wysokości 215 m npm wznieśliśmy się zaledwie do 219 m npm. Trochę popadało, ale udało sie przeczekać pod drzewami. Kolejny nocleg wypadł nam tuż pod Bolzano - Bozen nad rzeką Isarco - Eisack, płynącą wzdłuż naszej trasy. Obserwowaliśmy niekiedy jej wzburzone wody. Była wezbrana, brudna i rwąca, Całkowicie wypełniała koryto. Namioty z konieczności postawiliśmy na samym brzegu, ponieważ miejsca nie było zbyt wiele. Z zaciekawieniem próbowałem dociec, czy woda wzbiera, czy opada i czy w nocy nie grozi  nam powódź? Postanowiłem prowadzić obserwacje hydrologiczne: pozaznaczałem dokładnie jej brzeg. Rano okazało się na szczęście, że woda opadła o kilka centymetrów. Ciągle towarzyszył nam upał. Nocą było 26 stopni, w ciągu dnia 35 celsjuszów. Nie można więc powiedzieć, że ranek był orzeźwiający. Miasto przywitało nas miłym napisem Benvenuti a Bolzano, citta della bicycletta.

Wreszcie ruszamy w Alpy. Zmierzymy się z nimi. Planowaliśmy to już od roku. Na początku była miarowa, spokojna jazda. Ale wkrótce zaczyna się już prawdziwy podjazd.Podróżowałem z niewielkim żukiem, który przysiadł na czapce na kierownicy. Ustawił się twarzą do wiatru. Miał wyjątkowo długie biało - czarne czułki, które poruszały mu się na wietrze. Przy większych szybkościach rozstawiał szeroko swoje sześć łapek. Po kilkunastu kilometrach niepostrzeżenie zniknął, tak jak się pojawił. Ciekawe czy się odnajdzie w nowej rzeczywistości? No dobrze, to tylko upał. Powyżej 800 m npm zaczął powoli zmieniać się krajobraz. Nie ma już tu winnic, palmy pozostały też niżej. Zbocza porośnięte są oliwkami. Wyżej rosną już tylko świerki i sosny o wyjątkowo długich szpilkach. Kończą się klasyczne Włochy, zaczyna się Tyrol. Tu nawet spotykani ludzie mówią już po niemiecku, mimo że nie przekroczyliśmy jeszcze granicy. Tu na pograniczu Włoch i Austrii obowiązują dwa języki, zarówno włoski jak i niemiecki. Widać to nawet na tablicach miejscowości, podobnie jak u nas na Kaszubach. Bolzano, które zostało za nami, to najważniejsze miasto włoskiego południowego Tyrolu, pomost łączący włoskojęzyczny Trydent z niemieckojęzyczną Górną Adygą. Ta typowo tyrolska miejscowość przez setki lat była miastem targowym i przystankiem na szlakach handlowych. Stąd jeszcze mieliśmy prawie 100 kilometrów stromego podjazdu do słynnej przełęczy, będącej najwyższym punktem na naszej trasie. To graniczna przełęcz Brennero – Brenner. Przełęcz Brenner (wł. Passo del Brennero, niem. Brennerpass) jest jedną z najważniejszych alpejskich przełęczy na granicy Włoch i Austrii, położona jest na wysokości 1374 m npm. Oddziela Alpy Zillertalskie od Stubaier Alpen w Alpach Centralnych. Ze uwagi na względnie małą wysokość prowadzi tędy najdogodniejsza linia tranzytowa, stanowiąca połączenie Niemiec z Włochami. To austriacka autostrada A13 i włoska autostrada A22. Obok biegnie szosa. Łączą one Innsbruck i Monachium z Weroną.

Przejście przez Brenner znane było już w starożytności. Wykorzystywano je często w średniowieczu. W drugiej połowie XIX wieku przez Brenner poprowadzono linię kolejową. Ze względu na dogodność połączenia nie wymagała ona budowy tunelu. Na przełęczy znajduje się stacja kolejowa, a po jej południowej, włoskiej stronie niewielka graniczna wioska Brenner, rozbudowana w czasach Mussoliniego do obsługi posterunków granicznych i celnych. Obecnie wszystkie granice Włoch z Austrią (od 1 grudnia 1997) są wewnętrznymi granicami strefy Schengen, na których w myśl układu z Schengen, nie prowadzi się kontroli paszportowej, a ich przekraczanie jest dozwolone w każdym miejscu i o każdym czasie, wobec tego nie ma na nich przejść granicznych.

Tę piękną scenerię pod przełęczą, wybraliśmy na nocleg. Szkopuł w tym, że zwykle trudno znaleźć tu jakieś w miarę płaskie miejsce na kilka namiotów. Tu rozbiliśmy się opodal gospodarstwa, za zgodą właściciela. Spaliśmy na wysokości 1055 m npm. Tej rozległej panoramy z widokiem na odległe doliny, mogą nam zazdrościć turyści na kempingach. Ośnieżone szczyty Dolomitów skrzą się w zachodzącym słońcu. Jest chłodniej. O zmierzchu mamy 15 stopni, ale jak widać na zdjęciu obok - ciągle jestem tylko w koszulce. Do  kolacji mam czerwone wino i czerwieniejące szczyty. O godzinie 22 jest jeszcze jasno. W namiocie bez latarki robię drobne notatki. Zawsze dotychczas towarzyszyły nam gromadnie robaczki świętojańskie. Tutaj pierwszy raz już się nie pojawiły. W nocy było 10 stopni. Rano po sprawdzeniu sytuacji, okazało się, że do przełęczy Brennero – Brenner w pionie mamy jeszcze 300 metrów i 16 kilometrów podjazdu drogą, a właściwie ścieżką rowerową. Wybraliśmy ścieżkę, bo jest nią ciszej i spokojniej. Częściej też wije się bardziej niż droga, po zboczach dolin. Lokalna droga biegnie bardziej płasko. Nierzadko wjeżdżamy więc stromo pod górę, by za chwilę z niej gwałtownie zjechać. Urokliwa jazda, choć niełatwa. Często wjeżdżamy do wiosek, które droga omija lub przejeżdżamy tuż obok gospodarstw. Jest w tych stronach dużo drewnianych kapliczek. Każda inna. Przepiękne widoki, soczysta zieleń i typowe murowano - drewniane domy z firanami kwiatów na długich balkonach. Rzadko spotyka się owce z dzwonkami. Takie stada na stromych zboczach słychać z daleka. Mijamy zamki usytuowane na skałach, strzegące dawniej tego szlaku. Niektóre z nich wiszą nad nami tylko jakimś cudem.

Na przełęczy budowlany chaos. Sklepy, sklepiki, pstro ale czysto, Jakieś niewielkie centrum handlowe Brenner z charakterystyczną oszkloną kładką. Wilkomen i benvenuti. Zaglądnąłem na stację. Stało kilka składów pociągów towarowych. Malowana lokomotywa spalinowa z dużym napisem Michelangelo Buonarroti (Michał Anioł). Dbam o szczegóły? Wszystkie szlaki komunikacyjne blisko siebie, bo między górami jest ciasno. Zrobiłem kilka zdjęć. Najważniejszy dla mnie był tu niewielki symboliczny obelisk graniczny z wyrytym napisem Italia - Brennero/Brenner - Osterreich. Obfotografowywany przez tych, którzy wiedzą czego szukać i gdzie szukać.  Jeszcze zdjęcie Garmina z wyświetlaną wysokością. A co?! W dół to już Austria. Jakaś dziewczyna na rowerze wyścigowym, która właśnie podjechała od strony Austrii, poradziła by założyć bluzy, bo w czasie szybkiego zjazdu będzie chłodno. Zlekceważyłem oczywiście, jednak później musiałem w duchu przyznać jej rację. Niebieski drogowskaz Innsbruck. Ruszyłem w dół i tu zaczęła się jazda. Zjazd po serpentynach o długości 35 kilometrów o różnych spadkach, niekiedy tunelami, do Innsbrucka położonego w dolinie rzeki Inn. Piękne wrażenia, duże szybkości i znakomite filmy z kamery zamontowanej na kierownicy. Trochę padało, mokra szosa. Tu padł rekord szybkości w tunelu: 71 km/h. Ten tunel przejechałem jak przeciąg. W pewnym momencie za kolejnym zakrętem odsłoniła się rozległa panorama Innsbrucka w słońcu, położonego w dolinie otoczonej ośnieżonymi szczytami. Nad miastem góruje skocznia narciarska, pod którą też byliśmy. Mimo znacznej wysokości w tych stronach, temperatura w dzień osiągała 30 stopni. W takich pięknych okolicznościach przyrody opuszczaliśmy Innsbruck. Z doliny rzecznej zaczynaliśmy się wspinać do granicy austriacko - niemieckiej. 15 kilometrów ostrego podjazdu i tylko podjazdu. Niby zaledwie 15 kilometrów, jednak był to najtrudniejszy odcinek w czasie całego wyjazdu. Dotychczas dopisywała nam pogoda.  Niestety wkrótce niebo się zaciągnęło i dopadła nas ulewa. Jak to zawsze bywa na trasie, jedzie się dopóty, dopóki się daje i liczy na szczęście, które nie zawsze dopisuje. W ostatniej chwili nie zawsze jest gdzie się schować. Tak było tym razem. Lunęło nieźle, a jedynym miejscem było marne zadaszenie na jakiejś stacji ratownictwa medycznego. Po pewnym czasie wydawało się, że przestaje padać i nieco się przejaśnia, więc ruszyliśmy znowu na podjazd. I to był błąd. Teraz dopiero lunęło na dobre, rozpętała się burza z piorunami, a schronienia nie było. Każdy rzucił się w swoją stronę i w zamieszaniu przepadł nam jeden z kolegów. My w trójkę zostaliśmy pod marnym daszkiem garażu i czekaliśmy. Zrobiło się chłodno. Po deszczu ruszyliśmy znowu 
serpentynami ostro w górę. Potem 
rozdzieliliśmy się znowu i ja z kolegą parliśmy do przodu. Było stromo, czasem rowery trzeba było prowadzić. Poboczami spływały strumienie. Znaleźliśmy nieco płaskiego terenu porośniętego lasem - taka półka skalna - i postanowiliśmy tu spędzić noc, dzwoniąc do pozostałych kolegów. Okazało się, że już się odnaleźli wzajemnie i przenocują dużo poniżej nas. Wkrótce zaczęło padać więc namioty rozstawialiśmy w deszczu. Jaka to przyjemność znaleźć się szybko wewnątrz, przebrać się w suche ciuchy i stąd słuchać tego deszczu. Tylko kolacja była na zimno. Nazajutrz wyszło słońce, chociaż niezbyt mu było śpieszno. Było 13 stopni. Na szczytach ślady śniegu. Niedługo spotkaliśmy się na trasie całą czwórką. Już teraz wspólnie, raczej pchaliśmy rowery, niż jechaliśmy. Szczególnie jeden odcinek o długości 2 kilometrów, specjalnie oznakowany, o nachyleniu 16 % nie dał nam żadnych szans na tych obciążonych rowerach. Wysoka temperatura zaczęła się dawać we znaki. Jednak tak jak po każdej burzy jest pogoda, tak po każdym podjeździe będzie zjazd. Niestety często owe zjazdy nie rekompensują wcześniejszego mozołu. Tym razem zjazdy były przepiękne. Przecież zjeżdżaliśmy z Alp! Przejeżdżaliśmy austriacki Tyrol. Dalej był bajecznie kolorowy niemiecki Mittenwald, a później Garmisch - Partenkirchen. Obydwa miasta znane nam już z wcześniejszego pobytu w tym rejonie Alp. W Mittenwaldzie na skwerze w pięknym słońcu suszyliśmy namioty zwinięte o poranku po nocnym deszczu, a więc ciężkie i ociekające rosą. Ostatni nocleg w tej podróży mieliśmy z widokiem na skocznię w Ga – Pa i dalekie ośnieżone szczyty. Pobudkę zarządziliśmy o 03.40 w nocy, by zdążyć na pociąg do domu. W całkowitych ciemnościach zwinęliśmy się w 40 minut i to po omacku, bez latarek. Co za wprawa. Po ciemku dojechaliśmy na stację. Było 15 stopni. Ptaki zaczynały śpiewać.


Przebyta trasa znajduje się tutaj.


Comments