4 Gruzja. Swanetia i Morze Czarne.

                                                              

                                                                         
Swanetia. Jedyna droga do Mestii.
 
                                                                          

Morze Czarne, okolice Kutaisi i policja

Początek był typowy dla tego typu wyjazdów. Szukanie odpowiedniego kartonu na rower - bo są mniejsze i większe, defragmentacja roweru, później pakowanie klamotów i wreszcie przelot. I jesteśmy na miejscu. 

Gamardżoba (dzień dobry) Gruzjo! Zawsze w takich momentach współczuję tym, którym właśnie skończył się urlop. Wylądowaliśmy w Kutaisi, prawie 200 tysięcznym mieście, stolicy prowincji Imeretii. Był początek września i trzecia nad ranem według naszego czasu. Tam była już piąta, ale to też bardzo wcześnie. Po 24 godzinnej podróży mimo wszystko nie czułem się niewyspany i wreszcie mogłem rozprostować nogi po trzygodzinnej ciasnocie WizzAira.

Personel lotniska nie przywitał nas butelką wina, o czym czytałem i w dodatku rowery musieliśmy składać przed terminalem. Wokół pustka, bo lotnisko leży na odludziu 15 km od miasta. Pojawili się taksówkarze, a szczególnie aktywnemu powierzyliśmy na dwa tygodnie kartony, które potrzebne były na powrotną drogę. Musieliśmy mu zaufać. Rozpakowywało się z nami dwoje młodych Ukraińców, którzy ponownie ruszali do Swanetii, jak przed rokiem. My skierowaliśmy się przez Samtredię w stronę czarnych plaż Morza Czarnego. Jechało się całkiem dobrze. Niewyspanie i różnica czasu nie miała na nas niekorzystnego wpływu.

Plaże na północ od Batumi rzeczywiście zbudowane są z czarnego, magnetycznego piasku intensywnie nagrzewającego się w słońcu. Przypisuje się im właściwości lecznicze. Niestety poza krótkimi odcinkami w pobliżu kurortów, gdzie się je sprząta, plaże i wydmy są totalnie zaśmiecone wszystkim co nanoszą fale, ponieważ większość wiatrów wieje od strony morza. Wygląda to okropnie i odpychająco. My byliśmy w Ureki i Magnetiti, miejscowościach słynących z czarnych plaż. Nocleg spędziliśmy na zapleczu płaskiej wydmy wśród pięknej zieleni. Nie odmówiliśmy sobie kąpieli w ciepłym morzu. Stąd ruszyliśmy wybrzeżem do Poti.
Potem zatoczyliśmy pętlę przez region Megrelia, by zwiedzić Kanion Gachedili koło Martvili. Wstęp 7 lari. Widoki niesamowite i oczywiście wielu turystów. Upał. W górnej części kanionu znajduje się potężny siedmiometrowy wodospad. Część kanionu można przepłynąć pontonami. Potem przez Chkhorotsku dotarliśmy do Zugdidi. Pętla może wydawać się dziwna, ale szukaliśmy fachowca potrafiącego naprawić pęknięty aluminiowy bagażnik jednej z uczestniczek wyprawy. Udało się to w jednym z miast, gdzie przewodnikami byli policjanci w radiowozie. W ogóle tamtejsza policja pełniła rolę zmotoryzowanych przewodników turystycznych, jak na przykład w Poti. Nie uznając odmowy kazali jeździć za sobą i oprowadzali nas po ciekawych miejscach. W innym przypadku załadowali dwa rowery na pickupa (chociaż zdecydowanie twierdzili, że zmieszczą się cztery, bo już tak wozili) i pilotowali nas na nocleg do niewielkiej wioski Nokalakewi. 
         Kliknij dwukrotnie na pokaz slajdów lub na link
                       (pokaz nie zawsze działa)    

Gruzja - Swanetia i Morze Czarne


                   
Tu spaliśmy pod murami obronnymi z pozostałościami królewskiego pałacu nad rzeką Techuri, pod czujnym okiem miejscowych strażników. Znajdują się tu też imponujące ruiny bizantyńskiej twierdzy, grającej kluczową rolę w megrelskim systemie obronnym. W Nokalakewi część uczonych umiejscawia kolchidzką stolicę - Aię, do której płynęli Argonauci w poszukiwaniu złotego runa. Nazwę Nokalakewi można przetłumaczyć jako „miejsce w którym kiedyś było miasto”. Bo miasto istniało tu już za czasów starożytnych. Przez Greków i Rzymian nazywane Archeaopolis. Założone było w III wieku pne i przez ówczesnych Gruzinów nazywane było Ciche-godżi, czyli „forteca Kudżi” Miasto było stolicą księstwa Lazyki aż do 737 roku, w którym zostało zdobyte i zniszczone przez Turków


                                                                    Pierwsze wrażenia

Na tym pierwszym etapie rzuca się w oczy przede wszystkim całkowita odmienność otoczenia. Inny klimat, roślinność, podupadające domostwa, wszystko zaniedbane jakby mieszkańcy mieli stąd zaraz wyjechać. Myślałem wcześniej, że tylko Ukraina może sprawiać takie wrażenie, ale nie znałem wtedy Gruzji. Myślałem również, że nie ma serdeczniejszych ludzi, niż tych których spotykałem w małych ukraińskich wioskach. Gruzini okazali się jednak serdeczniejsi. Na drogach i ulicach małych miejscowości wałęsają się krowy i świnie. Często leżą pośrodku drogi,

a samochody najzwyczajniej w świecie je omijają. Również psy są wszędzie. Gruzińskie psy to osobny rozdział. Wszędzie ich pełno. Wałęsają się w miastach i na trasach. Spotyka się wiele psów różnych ras, maści i wielkości. Ta wielkość jest najważniejsza, bo wszystkie zawsze obwąchują nasze bagaże, przy czym te duże wzbudzają niekiedy respekt. Wszystkie przymilają i przyjaźnie, prosząco merdają ogonami. Nie merdają tylko na Kaukazie. Bezpańskie, przeganiane przez miejscowych, drzemiące pod sklepami, na stacjach benzynowych, na drogach, rozjeżdżane przez samochody. Szukające na wietrze i w deszczu schronienia pod ławkami czy za filarami. Gdy tylko człowiek zatrzyma się na chwilę, pojawiają się się znikąd, pojedynczo lub stadkami - z nadzieją na okruchy. Często są bardzo natrętne. Wszędzie wtykają swoje nosy. Zawsze wiedziały, w której sakwie miałem żywność. Dla nich to kwestia życia lub śmierci. Czasem groźnie warczą i szczekają. Chude, przeraźliwie chude, chore i niekiedy kalekie. U niektórych można dopatrywać się jakichś ras. Tylko niektóre mają swoich panów. Na Kaukazie mają poobcinane uszy i ogony, by w starciach z wilkami odnosiły mniej ran. Duże i malutkie. Ładne i brzydkie. Biedne i niczyje. Nie znają nawet swojego imienia...

Opustoszałe domki po wsiach i zamieszkałe zrujnowane poradzieckie bloki robią przygnębiające wrażenie. Sklepy i sklepiki w drewnianych budach lub nadwoziach ciężarówek czy stalowych kontenerach utwierdzają nas, że jesteśmy naprawdę w innym świecie. Jednak przeterminowane konserwy mięsne mnie nie zabiły i nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Chyba

czacza mnie chroniła. Jej też muszę poświęcić kilka słów. Czacza (wódka pędzona z różnych owoców lub ta szlachetniejsza - z winogron) jest wszechobecna. Byliśmy często zapraszani przez mieszkańców wiosek. Wystarczyło tylko niekiedy spojrzeć za płot. Gdy wstępowaliśmy po wodę, trudno było się wymigać. Czasami wręcz nie wypadało, bo rozmowy od razu były przyjazne, więc jak nie skosztować? Na całej trasie trzeba było wykazywać się mocnym charakterem i delektować się z umiarem, by przejechać cała trasę. Chociaż przysłowie mówi, że wódka pita z umiarem, nie szkodzi nawet w największych ilościach. Utkwiły mi w pamięci szczególnie dwa takie poczęstunki. Raz gdy weszliśmy do zadbanego wiejskiego obejścia po wodę, a mieszkaniec okazał się strażnikiem przyrody w pobliskim Kolchidzkim Parku Narodowym. Gdy nabieraliśmy wodę ze studni, niepostrzeżenie na bagażniku samochodowym pojawiły się kieliszki i karafka. Z czasem na nasze zdziwienie gospodyni wniosła coś do przegryzienia. Dziwiliśmy się dalej, bo były to to orzechy laskowe. Gospodarz je rozgryzał, a nam oczy powiększały się ze zdumienia. Później dopiero pojawił się dziadek do orzechów, ciasto i ser. Jednak nie skorzystaliśmy z zaproszenia na nocleg. Opatrzność nad nami czuwała, bo czacza była wyjątkowo mocna.
Te sery suluguni (ашәлаган)są specyficzne i charakterystyczne dla regionu Samegrelo. Są podobne w smaku do naszych góralskich oscypków. Mają kolor od białego do jasnego żółtego i elastyczną konsystencję. Suluguni są tworzone tylko z naturalnych składników i mają słony smak. Często są smażony na głębokim tłuszczu. Kupowałem je niekiedy, a trudy podróży nie robiły na nich wrażenia i smakowały zawsze wyśmienicie. Przechowywane w suchym i chłodnym miejscu zachowują swój niepowtarzalny smak przez kilkanaście dni, a podobno nawet miesięcy. Są składnikiem oryginalnego gruzińskiego chaczapuri, przypominającego wyglądem pizzę. Chaczapuri jest ważna dla gruzińskiej kuchni, tak jak pizza dla włoskiej czy knedle dla czeskiej. Dosłownie znaczy „chleb z twarogiem”. Kosztowały około 4 lari. Każda gospodyni przygotowuje go troszeczkę inaczej, więc inaczej również smakują w różnych miejscach. Mnie najbardziej smakowało z sadzonym jajkiem na wierzchu (adżarskie), bywały też megrelskie z serem na wierzchu. Różniły się też kształtem – jadałem okrągłe lub wydłużone jak łódeczki, a także kwadratowe. Pyszne. Wspomnieć również należy chinkali, soczyste gruzińskie pierożki w formie sakiewek z ciasta pierogowego, skrywające wewnątrz mięsny farsz zatopiony w aromatycznym rosole. Aby je spożyć należy je umiejętnie nadgryźć, wypić sączącą się zupę ze środka i zakończyć zjedzeniem pozostałej reszty. Gdzieś pod Mestią w przydrożnym barze jadłem miejscowy ostry gulasz zwany lobio. Ten nie przypadł mi szczególnie do gustu. Wraz z herbatą kosztował 7 lari.

Drugim razem zapytaliśmy przez płot przy jakiejś bocznej drodze, czy warto wybrać kolejny skrót. To wystarczyło, by zostać zaproszonym na podwórko. Piętrowy dom był wyjątkowo biedny i zaniedbany. Wyglądał jak duża altanka na działkach. Mieszkał tu Gruzin z żoną Rosjanką. Na ławeczce pojawiło się wino, bo na to daliśmy się namówić, ale wkrótce zawitała też czacza. Ta była łagodniejsza i całkiem przyjemna. Gospodarz musiał być wytrawnym fachowcem i znawcą trunków.

Innym razem, gdzieś w interiorze, przy bocznej kamienistej drodze siedzieliśmy w cieniu, bo upał był niemiłosierny, gdy nagle zatrzymał się osobowy mercedes (tam jeżdżą prawie tylko mercedesy i samochody japońskie, często z kierownicą po prawej stronie, bo sprowadzane są z Japonii) i kierowca zaprosił nas do pobliskiej posiadłości, też na czaczę. Oni nie owijają w bawełnę celu zaprosin. Okazało się, że jest plantatorem orzechów laskowych, mającym 2 hektarową plantację. Tych orzechów w tamtych stronach też jest dużo. Gdy odmówiliśmy, po pewnym czasie przyjechał ponownie i u przejeżdżającego przez wieś piekarza, kupił nam świeżutkie duże bułki. Pojawił się też w międzyczasie z orzechami i poczęstował jakimiś dwoma okropnie ostrymi przyprawami w postaci past, czerwonej i zielonej. Absolutnie nie do przełknięcia. Widziałem je potem i wiele innych, na straganach olbrzymiego targowiska w Kutaisi.

Siedząc przy drodze, wzbudziliśmy zainteresowanie chłopców z sąsiedniego gospodarstwa, bo w naszych strojach i z takim sprzętem wyglądaliśmy chyba jak przybysze z innej planety. Chłopcy kilkakrotnie przynosili nam winogrona, a potem wino. Oczywiście w plastykowej butelce. W takich butelkach czaczę i wino dostawaliśmy też w innych miejscach. Kupuje się w nich również mleko, miód itp.

Na początku wyprawy piłem jedynie kupowaną wodę mineralną. Z czasem gdy sklepików po drodze nie było, braliśmy wodę z gospodarstw. Ale ona pochodziła prosto z gór, nie ze studni. Jedynie zaopatrzenie w miasteczkach jest zadowalające.

Od Zugdidi jechaliśmy już planowo w stronę północnego – wschodu w kierunku Kaukazu, a konkretnie Swanetii. Za Calendżichą wjechaliśmy w dolinę rzeki Inguri i nie opuszczaliśmy jej aż do źródeł, czyli miejsca, w którym wypływa spod lodowca Chaaladi u stóp Uszby, jednego ze szczytów Kaukazu. Rzeka w dolnym biegu stanowi granicę pomiędzy gruzińskimi regionami Megrelią i Górną Swanetią, a separatystyczną Abchazją. Uchodzi do Morza Czarnego.

Jest to jedyna droga zwana Pętlą Swanetii (około 500 km), biegnąca przez Mestię, Uszguli i przełęcz Zagar. W większości ma nawierzchnię asfaltową dobrej jakości tylko w górnych partiach między Mestią a Lentekhi, jest gruntowo – kamienista. Tak więc od poziomu morza zaczęliśmy mozolną wspinaczkę aż na najwyższy punkt naszej wycieczki - przełęcz Zagar (2 623 m npm). Od upałów do chłodnych nocy pod namiotami z temperaturą 6 stopni. Był to najwspanialszy odcinek trasy, najbardziej malowniczy, niosący niewiadomą wysokich gór, stromych podjazdów, ośnieżonych szczytów i ludzi z niewyobrażalną gościnnością. Oddech Kaukazu. Tyle się o tym naczytałem i nie było w tym przesady. Cała reszta była już tylko dodatkiem, który można pominąć – zaniedbane i brudne wioski i ludzie już jacyś inni. Bardziej powściągliwi czy nieufni? Liczyła się tylko Górna Swanetia.

Im wyżej tym mniejsze i bardziej zaniedbane były miasteczka, a potem wioski. Zniszczone bloki, przywodzące na myśl dawne Kłomino czy Borne Sulinowo. Mieszkania ogrzewane kozami, z których rury wyprowadzane są przez szyby. Okopcone ściany bloków, drewno na opał gromadzone na balkonach. Wzdłuż wiejskich ulic na wysokości dwóch metrów biegną żółte rury rozprowadzające gaz po domach. Przy ulicach rosną palmy i agawy, na ulicach wałęsają się zwierzęta. Noclegi głównie w namiotach w dolinie Inguri, chociaż kwaterami też nie gardzimy. W górach dwukrotnie spaliśmy w szkołach, gdzie klasy są również ogrzewane kozami. Tutaj nabiera się dystansu do rzeczywistości i szczególnie docenia to co zostało w kraju.

Już od połowy drogi odsłaniały się góry. Ostatnia większa mieścina, to Dżwari (ang. Jvari). Wkrótce dotarliśmy do łukowej tamy na rzece Inguri, piętrzącej wody w głębokiej dolinie. Ukończono ją w 1980 roku i ma wysokość 272 m i jest jedną z najwyższych na świecie. Spotkaliśmy Polaków, którzy dotarli tu marszrutką z Kutaisi oraz Czechów wędrujących samochodem. Polaków spotykaliśmy też wyżej i wszyscy ubolewali, że marszrutki za szybko wracają. Wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w upale w górę, wzdłuż pięknego turkusowego zalewu pośród stromych zboczy. Jechaliśmy wzdłuż całego zalewu na długości 30 kilometrów. Nawierzchnia asfaltowa jest tu bez zastrzeżeń. Przed nami droga na przełęcz 2623 m npm położoną w trudno dostępnym odizolowanym miejscu w Swanetii.


                                                                  Górna Swanetia

Odtąd ośnieżone szczyty gór zawsze już były widoczne na horyzoncie i to całkiem blisko. Wjeżdżaliśmy do Górnej Swanetii. Ten region ze względu na wyjątkową kulturę, zabytkowe cerkwie i baszty obronne, został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jak wspomniałem wcześniej, jest to najpiękniejszy region na naszej trasie. Najbardziej malowniczy, dziki i tajemniczy, specyficzny pod wieloma względami. Zamieszkują go Swanowie – grupa posługująca się językiem

swańskim, spokrewnionym z językiem gruzińskim. Ich kultura przez stulecia kształtowała się w izolacji od reszty ziem gruzińskich nabierając silnie regionalnych cech. Charakterystycznym akcentem w górzystym krajobrazie są słynne średniowieczne wieże rodowe, które służyły Swanom jednocześnie za warownie i domy. Górujące nad domami, wysokości 20-25 metrów, pełniły funkcje obronne - służyły za schronienie w czasie napadów, walk i zatargów między sąsiadami lub wioskami. W wieżach każde piętro pełniło inną rolę. Na parterze trzymano zwierzęta, następnie składowano zbiory, wyżej mieszkali ludzie, a ostatnie piętro służyło do obrony. Między piętrami były drewnianymi drabinki, a wejścia lokalizowano naprzemiennie, żeby w razie upadku nie spaść na sam dół. Wznoszono je głównie z powodu krwawej zemsty, do której miały prawo ówczesne rody. Najstarsze z nich liczą nawet 800 lat. Przemieszczając się przez Swanetię, można je napotkać w prawie każdej miejscowości i tylko tam, dlatego stały się symbolem Swanetii.

Malownicze widoki, bliski kontakt z naturą i znaczna odległość od cywilizacji stanowią urok tego regionu. Ludność słynie również z własnej kuchni, która jest o wiele pikantniejsza niż w pozostały regionach Gruzji. 60 kilometrów przed Mestią, stolicą regionu, spędziliśmy nocleg pod gwiazdami na tarasach rzeki, na łące pachnącej kawą. Rozśpiewały się cykady, które towarzyszyły nam również na innych noclegach. Rano gdy rozpiąłem namiot zobaczyłem olbrzymi łeb psa, który przesłonił mi góry. Pilnował namiotu i łasił się sądząc, że za to należy mu się śniadanie. Wcześniej poczęstował się kiełbasą, którą koleżanka nieopatrznie zostawiła przed namiotem. Rozsypał też kawę z kubka. Stąd ten zapach, którego wcześniej nie mogłem zidentyfikować. Po drodze napotykamy pierwsze kamienne wieże, symbol Swanetii. Wyżej są już w każdej miejscowości.

Niekiedy droga wymaga sporego wysiłku. Na jednym 15 kilometrowym odcinku pokonuje się przewyższenie 500 m. Asfalt przechodzi tu w nawierzchnię betonową. Jedzie się nią też całkiem znośnie. Droga wije się nad przepaściami, miejscami jest popodcinana rwącą rzeką płynącą gdzieś tam głęboko w wąwozie. Zdarzają się odłamki skał na drodze, gdy ta zbliża się tuż do skalistego zbocza. W poprzek przepływają strumyki.

Wszędzie są krowy i psy. Wędrujące osły też były. Coraz częściej przy przepaściach i zakrętach stoją krzyże lub kapliczki, niekiedy kamienne - stylizowane na swaneckie wieże, upamiętniające tych, którzy zginęli w wypadkach drogowych. Często są wygrawerowane dokładne podobizny zmarłych. W takich miejscach stoi się nad przepaścią sam na sam ze zmarłym. W każdej kapliczce jest butelka z czaczą, kieliszki i jakiś napój do popicia. Tu wznosi się toast za zmarłych. Na cmentarzach jest podobnie. Nie widziałem, by ktoś to czynił, bo jest to najszybsza droga do kolejnej tragedii. Ale bez pasów jeżdżą na pewno. I jeżdżą ryzykownie.

Na tym odcinku przejeżdża się przez tereny dawnej kopalni. Droga wije się przy rzece przecinającej kopalniane hałdy. Po obu stronach widać w zboczach wyloty sztolni i tuneli. W pewnym momencie przejeżdżam pod stromą skalną ścianą, w której znajduje się ogromny kopalniany korytarz, mogący pomieścić olbrzymią ciężarówkę. Czarny otwór zieje lodowatym, wilgotnym powietrzem. Aż zatrzymałem się na chwilę w tym przeciągu, by się schłodzić. Pogoda ciągle dopisuje i jest gorąco. Jedziemy bez koszulek i plecy już od dawna pieką. W oddali widać chmury, które nie wróżą nic dobrego.

W Mestii prawie dogoniła nas wieczorna ulewa, ale gdy zaczęliśmy rozbijać namioty w pobliżu szkoły, pojawił się mężczyzna, który zaproponował nocleg w klasie. Skwapliwie skorzystaliśmy. Szkoła była w remoncie, mimo że odbywały się w niej lekcje. Z tego powodu pomieszczenie mieliśmy opuścić przed dziewiątą. Fachowcy nocowali gdzieś na piętrze, my na dole. Budynek był zaniedbany. Według mnie przed dopuszczeniem do użytkowania powinien przejść kapitalny remont.

Wszystkie klasy były otwarte. Wyposażeniem były małe stoliki i krzesełka. Na ścianach jakieś dziecięce malunki. W jednej z klas na stole stało liczydło. Gniazdko elektryczne wisiało na przewodach. Pełno kurzu. Na korytarzu zgromadzone były materiały budowlane. Woda dostępna była jedynie na podwórku. Na zewnątrz odstręczały obskurne toalety z dziurą w podłodze. Przygnębiające wrażenie.

Ale wstał nowy dzień. Poranek był słoneczny. Znaleźliśmy nocleg w guesthousie w centrum Mestii koło policji, w prywatnej kwaterze po 15 lari, zostawiliśmy rowery i bagaże, wynajęliśmy samochód za 80 lari i ruszyliśmy pod lodowiec. Wreszcie znaleźliśmy się w sercu Swanetii. Tutaj czuje się oddech Kaukazu. Mestia liczy około 3,5 tysiąca mieszkańców i jest stolicą regionu. Nad nami niewidoczna w chmurach Uszba 4696 m npm, najwyższa góra w tym rejonie, jedna z najwspanialszych gór Kaukazu. Jest na wyciągnięcie ręki, ale nam się nie ukazała. Szczyt zasnuty był chmurami. Góry są tu dzikie i trudne do przebycia. Dzięki nim Swanetia przez wieki pozostawała wolna, a chłopi unikali pańszczyzny. Drogę do Mestii wybudowano dopiero w 1937 roku. Wcześniej używano tu jedynie jucznych zwierząt i sań.

Wynajęty taxi driver kiepską kamienistą drogą, dowiózł nas 10 km wzdłuż rzeki Mestiachali, do wiszącej kładki. Samochód oczywiście z napędem 4x4, jak większość na tych wysokościach. Stąd do lodowca można dotrzeć jedynie pieszo. Tutaj Kaukaz pokazał swój pazur. Zaczęło siąpić, niskie chmury przesłaniały szczyty. Oznakowany szlak biegnie najpierw przez las, potem kamienistą polodowcową doliną. Z czasem przestało padać, chmury nieco się uniosły. Tutaj urzeka chłodna i surowa uroda kaukaskich gór. Surowe brunatno – szare kamieniste zbocza i mokre głazowiska, po których stąpamy. Po godzinie docieramy do stóp lodowca Chalaadi. Widok zapiera dech w piersiach, staram się nie zmącić panującej ciszy.

Brunatny lodowiec wypełnia olbrzymią dolinę, a spod niego z wrót wypływa rwąca lodowata rzeka. Wrota lodowcowe, to wylot tunelu wód subglacjalnych u czoła lodowca. Samo czoło jest pionowe, ściana ma barwę jasnobłękitną. Lodowiec pokryty jest rumoszem i głazami, które spadły na niego gdzieś tam w górach. Wytapiają się teraz i spadają pojedynczo do rzeki. Widać też cieknące strugi spadające w dół kaskadami. Stoję, podziwiam, fotografuje i filmuję. Minęła godzina? Na olbrzymim głazowisku jest zaledwie kilka osób. Poniżej znajduje się kilka wyraźnych niewielkich moren czołowych. Żal wracać. Ale cóż? Oddalam się pomału ostrożnie stąpając po ostrych głazach. Oglądam się co chwilę. Przy samochodzie jestem po trzech godzinach. Kierowca wytrwale czeka i potem znowu pomału wracamy do Mestii. Popołudnie spędzamy w miasteczku. Wędruję fotografując słynne wieże i zachwycam się okolicą. Odwiedziłem nową cerkiew górującą nad okolicą. Jest tu też muzeum regionalne. Moją uwagę przykuł również stalowy most obudowany płytami kartonowo – gipsowymi. Kilka lat temu centrum zostało odrestaurowane, co dodaje mu uroku. Buduje się również i dzisiaj z nadzieją na zwiększający się przyjazd turystów. Od kilku lat miasteczko przeżywa budowlaną hossę. Widok kamiennych uliczek i placów tworzy niepowtarzalną atmosferę. Ciekawie wyglądają też zaułki, w które zawsze lubię zaglądać z aparatem. Potem prysznic, kolacja i wygodne łóżko. Podarowaliśmy sobie odrobinę luksusu. Rano kontynuujemy zwiedzanie miasteczka, robimy zakupy, odwiedzamy punkt informacji turystycznej w centrum, by sprawdzić prognozę pogody i pomału wyruszamy znów w górę naszej trasy. Tym razem do najwyżej położonej w Europie wsi Uszguli, leżącej na wysokości 2 200 m. Zaopatrujemy się na drogę charakterystyczne smakowite gruzińskie chlebki puri po 1 lari, pieczone na naszych oczach w owalnych piecach „tone”. Piekarze niemal do nich nurkują, by je poprzyklejać we wnętrzu do gorących ścianek. Chlebki są okrągłe lub mają kształt wrzeciona. Są duże, składamy je na pół. Często połowę zjadamy już na miejscu, bo są pyszne. Dostaje się je gorące, że aż trudno utrzymać w dłoniach. Długo zachowują swą świeżość. Owoce i warzywa kupuje się na ulicy wprost z samochodów. Jabłka, pomidory, ogórki - wszystkie po 1 lari.

Najsłynniejszą osobą związaną z Mestią był mistrz ekstremalnej wspinaczki wysokogórskiej Micheil Chergiani (1932 –1967). Wytyczył on wiele trudnych szlaków na Kaukazie, w górach Azji Środkowej, Alpach i górach Wielkiej Brytanii.

Powyżej Mestii zapuszcza się niewielu turystów. Nie kursują już tam marszrutki, a do Uszguli to już jest off – road. Asfalt kończy się na najbliższej przełęczy Ugiri 1923 m npm po 300 metrowym przewyższeniu. Dalej droga jest gruntowa, szutrowa, bądź kamienista. Przez przełęcz Zagar o wysokości 2 623 m npm, najwyższy punkt na naszej trasie, można przedostać się tylko samochodem z napędem 4x4 lub crossowym motocyklem. Najgorszy, ale najatrakcyjniejszy odcinek trasy znajduje się pod Uszguli, wkrótce po przekroczeniu bramy znajdującej się w poprzek drogi. Jest na niej napis z prośbą o ponowne zamknięcie. Każdy wędrujący turysta uznaje za punkt honoru uwiecznić ją sobie na zdjęciu. Brama w rachitycznym wiejskim ogrodzeniu uniemożliwia wędrówkę zwierząt gospodarskich. Wkrótce dolina zwęża się znacznie, a gruntowa, błotnista droga biegnie wąską półką po stromym zboczu. W dole w głębokim kanionie huczy Inguri. Jest wysokość 2 000 m npm. Zdarza się, że z góry spływają strumienie przepływające przez drogę, dodatkowo urozmaicając wędrówkę. Droga jest tak wąska, że samochodom stworzono mijanki w podciętych zboczach. Przepiękny odcinek, surowy krajobraz i zachodzące słońce widoczne gdzieś wysoko ponad skalnymi ścianami, potęgowały wrażenie i dodawały tajemniczości. Pomału kończył się dzień.W tym wąwozie zostałem sam, bo na fotografowanie i filmowanie poświęciłem dużo czasu. Chłonąłem schyłek dnia wśród dzikich gór. Wiedziałem, że gdzieś tam wyżej pod Uszguli na pewno się spotkamy. Zapadał wieczór, gdy dojechałem do naszej grupki, która zdążyła już rozbić namioty na stromym zboczu. Znalazłem dużo wyżej w miarę płaskie miejsce i zrobiłem to samo. Wodę trzeba było zaczerpnąć ze strumyka. Wieczór był rześki i noc była najchłodniejsza ze wszystkich. Ale nie było źle, było 6 stopni. Wyszedł księżyc dodając tajemniczości i zrobiło się jasno. Robiłem zdjęcia. Rano pojawiło się stado pasących się koni. Przejechali też jacyś jeźdźcy i pomknęli hen po zboczu. Stąd pięliśmy się nieprzerwanie wyżej i wyżej. Do

Uszguli było już blisko, tylko 200 m w pionie. Najpierw dostrzegliśmy kamienne wieże nad wioską położoną w rozległej zielonej dolinie rzeczki. Pojedyncze domostwa z wieżami rozstrzelone były również po zboczach. Lasów na tych wysokościach już dawno nie było. Dojechaliśmy właśnie do najwyżej położonej wioski w Europie leżącej na wysokości 2 200 m npm. W rzeczywistości Uszguli to wspólnota, którą tworzy pięć wiosek zamieszkałych przez 70 rodzin. Leży u stóp najwyższej góry Gruzji – Szchary 5068 m npm. W roku 1996 Uszguli zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W doskonałym stanie zachowało się w nim 37 kamiennych wież, zbudowanych w okresie od IX do XIII wieku. Mieszkańcy nie zapominają o turystach. Dla wielu przybysze są źródłem utrzymania. Są tu guesthousy, malutkie skromne bary i wi-fi. Nocleg ze śniadaniem kosztuje do 70 lari. Stąd do czoła lodowca Szchary można dotrzeć doliną rzeki Inguri. Trasa o długości około 8 km biegnie kamienistą drogą, której większość można pokonać rowerem. Najdokładniejsze dostępne mapy tych terenów, to mapy radzieckie. Według nich droga przez przełęcz jest nieprzejezdna prawie przez pół roku z powodu zalegającego śniegu. Rozjechaliśmy się tutaj we wszystkie strony z uwagi na swoje upodobania. Wskutek różnych oczekiwań i sprzecznych decyzji, przełęcz przekraczaliśmy oddzielnie i spotkaliśmy się dopiero nazajutrz po południu, po samotnie spędzonej nocy. Pogoda dopisywała. Piękna jest taka pustka i cisza pośród gór. Gdzieś wysoko na stromych zboczach górale kosili łąki. Przejechał niewielki samochód załadowany skoszoną trawą. Był tak załadowany, że widać było tylko przednią szybę i koła. Wydawało się, że w dół sunie wielka kopa siana. Było ciepło, 15 stopni. Na przełęczy byłem tuż po południu. Robiło się chłodniej. Osiągnąłem tu mój rekord wysokości i to z objuczonym rowerem! Tu temperatura wynosiła 10 stopni. 
Przełęcz 


Zagar 2623 m npm.

Wyżej niż Śnieżka - 1602 m npm,

wyżej niż Giewont - 1894 m npm,

wyżej niż Rysy - 2503 m npm.

W Polsce już wyżej nie można.

Droga z przełęczy wcale nie jest ciekawa. Jest to trzygodzinny stromy zjazd na stojąco po szutrowej nawierzchni z palcami na hamulcach. Temperatura spadła do 8 stopni. Spotkałem tu tylko zrezygnowanego Rosjanina na rowerze z sakwami, zmierzającego w przeciwną stronę. Ucięliśmy sobie pogawędkę. W większości po obu stronach drogi rosną wysokie krzewy i zarośla. Mija się opuszczoną wioskę Kordulashi i kilka pomniejszych sadyb i wiosek. Droga była rozmiękła i zalana kałużami. Nocowałem w sadzie u gospodyni w jednej z wioseczek. Rozstawiłem namiot już po ciemku. Za kolację podziękowałem i nie skorzystałem z zaproszenia, natomiast chłopczyk przyniósł latarkę i mi towarzyszył. Dalsza droga również miała kiepską nawierzchnię, aż do miasteczka Lentekhi w Dolnej Swanetii. Tego etapu mogłoby nie być. Dopiero narzekałbym, gdybyśmy obrali odwrotny kierunek przejazdu Pętlą Swanetii. W Lentekhi zjedliśmy małe co nieco w baraku, który był jednocześnie i sklepikiem, i barkiem na trzy osoby. Kubari kosztowało tu 4 lari, duży chleb 1,20 lari, a kawa 0,70. Kończyły się nam zapasy żywności. Generalnie zaopatrzenie w Dolnej Swanetii jest fatalne. Sklepiki to małe budki, baraczki lub stalowe naczepy samochodowe. Jak one zachowują się w czasie upałów lepiej nie myśleć. Jest chleb, są jakieś słodkie napoje, przeterminowane i przegrzane, znane nam batony, słodycze, ciastka i kilka rodzajów konserw mięsnych i rybnych z ubiegłorocznym terminem ważności. Brak wędlin, dżemów, masła, serów, owoców i warzyw. Na Ukrainie w takich wioseczkach bywają po dwa - trzy dobrze zaopatrzone sklepy. Gdy wieczorem braliśmy wodę w przydrożnym biednym domostwie powitano nas zwrotem „gamardżoba” - dzień dobry, a nie jak często po rosyjsku. Młodzi gospodarze z dumą powiedzieli, że są Gruzinami, a nie Rosjanami. Powiedzieli też, że znają nasz polski film „Czetyryje tankista i sobaka” (Czterej pancerni i pies). Nie wiedzieli tylko, że jeden tankista był Gruzinem. Innym ludziom spotykanym po drodze film też nie był obcy. Kolejny nocleg spędziliśmy na rozległej łące nad rzeką. Wieczór był bezchmurny i ciepły, było 15 stopni. Pojawiło się stado krów z dzwonkami. Każdy brzmiał inaczej, ale wcale nie była to kakofonia. Słońce zaszło za górą. W nocy była wichura, rano też nieźle wiało. Po śniadaniu, na dzień dobry był długi i stromy podjazd. W ciągu pół godziny zyskaliśmy 300 metrów w pionie, by natychmiast je stracić po drugiej stronie przełęczy. Poniżej zjechaliśmy z drogi nr 15 w kierunku zachodnim, zmierzając w stronę kanionu i wodospadu. Opuściliśmy dobry asfalt i zaczęła się kamienista nawierzchnia przypominająca koryto wyschniętego potoku. Koła zeskakiwały i ześlizgiwały się z kamieni. Po drodze dojrzewały granaty i owoce kaki, zwane tu też churchła. Gdy przyglądaliśmy się nim, wyszedł gospodarz i stwierdził, że są jeszcze niedojrzałe i nie można ich zjeść, ale za to przyniósł winogrona.


                                                                                Region Imeretii

W rejonie Kutaisi zwiedziliśmy gorące źródła, kanion Okatse, wodospad Kinchkha skromny w tym roku z powodu suszy oraz jaskinię Prometeusza. 

Za czasów ZSRR przy gorących źródłach było uzdrowisko. Było sanatorium, balneologia i wody mineralne. Teraz na łące są tylko ujęcia wody z buchającą parą. Źródełka są naprawdę gorące. W najcieplejszym miejscu woda osiąga ponoć temperaturę 90 C. Gorąca i parująca, płynie przez łąkę i wpada kaskadą do pobliskiej rzeki. Dopiero w miejscu mieszania się wód, można się w niej zanurzyć i poleżeć. Leżeli tu Rosjanie, z którymi bratałem się czaczą. Tu znaleźli nas policjanci w radiowozie, których wcześniej spotkaliśmy na drodze i odwieźli na nocleg do niewielkiej wioski Nokalakewi, o czym wspominałem wcześniej. Za czasów świetności starożytnego miasta Nokalakewi, gorąca woda była doprowadzana stąd do miejskich łaźni.

Do Kanionu Okatse dotarliśmy rano i musieliśmy nieco poczekać na otwarcie nowoczesnego, przeszklonego pawilonu z kasą. Towarzyszyły nam psy i służba parku w zielonych wypasionych mundurach i jasnych wysokich butach, jak do wspinaczek wysokogórskich. Przeinwestowani. Wstęp kosztował 7 lari. Do samego wąwozu wędruje się ścieżeczką przez

park. Czekają też taksówki. Pogoda się załamywała. Wąwóz podziwia się wędrując wąskimi kładkami zawieszonymi na pionowej ścianie wśród roślinności. Mniej odpornym z pewnością trzęsłyby się nogi, bowiem kładki wisiały kilkadziesiąt metrów nad ledwo widoczną w dole rzeką. Od kasy towarzyszył nam jeden z miejscowych psów, na którym nie robiło to wrażenia. Mało tego, zeskakiwał z tych pomostów i ostrożnie myszkował po skalistych zboczach. No końcu dociera się do wąskiego, długiego pomostu zawieszonego nad doliną prostopadle do ściany. Tu dopiero doznaje się ekstremalnych wrażeń. Na myśl przychodzili mi śmiałkowie uprawiający base jumping. Tę atrakcję otwarto w 2014 roku. Z powrotem inną drogą dotarliśmy w deszczu do pawilonu, pod którym zostawiliśmy rowery i zmuszeni byliśmy tu poczekać dobrą godzinę na poprawę pogody. Kilku pracowników parku w służbowych mundurach przez cały czas snuło się z kąta w kąt i nie bardzo wiedziało co ze sobą zrobić. Mają tu nadmiar etatów, w końcu to rządowa placówka. Jest tu czynny bar z daniami obiadowymi, ale tylko wtedy gdy jest energia elektryczna. Teraz prądu nie było i jest to podobno normalka. Obok w parkingowych sklepikach trafił się wreszcie dżem (450 ml za 3 lari) i miód (750 ml za 13 lari).

Kilka kilometrów za Okatse Canyon znajduje się miejsce, które podobno robi duże wrażenie na zwiedzających. Jest to wodospad Kinchkha. Pierwsze 5 kilometrów to normalna górzysta droga asfaltowa. Pogoda zaczęła znowu się psuć. Zaczęło siąpić i było późne popołudnie. Ostatnie 2 kilometry bocznej drogi nie były łatwe. Co prawda nawierzchnia już nie była kamienista, o jakiej wcześniej czytałem, ale było bardzo stromo. Wylano tu niedawno ładny nowy beton. Prace sfinansowało ministerstwo środowiska, o ile dobrze pamiętam. Jest tam stosowna tablica. Zadbano tak o turystów. Rowery trzeba było w większości pchać. Były to trudne dwa kilometry. Z powrotem na zjazdach też trzeba było uważać, bo spadki były znaczne. Z powodu tegorocznej suszy wodospad był stosunkowo skromny, ale wrażenie robiła jego wysokość. Ze względu na pogodę przegłosowano mnie i spaliśmy na kwaterze, do której wcześniej przyprowadził nas pracownik Parku z Kanionu Okatse. Nocleg wyniósł po 10 lari na osobę. Od kanionu aż dotąd, przez kilka kilometrów biegły za nami dwa psy. Starszy już ledwo zipał biedaczek. Młodszy czuwał do rana na wycieraczce. To ten, który towarzyszył nam na kładkach w kanionie. Niepojęty instynkt. Właściciele produkowali czaczę, chyba w większych ilościach i sprzedawali ją przejezdnym, o czym informowała blaszana tabliczka przed ich domem.

Nazajutrz zwiedziliśmy jaskinię Prometeusza. Została odkryta w 1984 roku, a udostępniona dla turystów w 2011 roku. Odkryli ją Rosjanie przeczesujący Południowy Kaukaz w poszukiwaniu jaskiń, które w przypadku wojny nuklearnej mogłyby służyć jako schrony. Z kolei były prezydent Micheil Saakaszwili zachwycony jej pięknem, postanowił uczynić z niej atrakcję turystyczną. Jemu też jaskinia zawdzięcza nazwę, ponieważ przypomniał, że według legendy w pobliskim Kaukazie do skał przykuty był Prometeusz. Być może spędził kilkaset lat właśnie w tej jaskini. Dla turystów udostępniono 1 420 metrów jaskini, ale jest ona wiele dłuższa. Na końcu znajduje się jezioro przez które można przepłynąć łódkę aż do wyjścia. Wewnątrz panuje temperatura około 15 stopni i odczuwa się podwyższoną wilgotność. Tu zaczyna się świat wyobraźni. Bogactwo form, wielkość i różnorodność komnat mieniących się kolorami tęczy przywodzi na myśl świat bajek. Stalaktyty i stalagmity są na wyciągnięcie ręki, przechodzi się obok jeziorek i wzdłuż strumyczków. Jaskinia jest jedną z bogatszych i piękniejszych, i pozostawia niezapomniane wrażenia. Jest barwnie iluminowana (to już kwestia gustu), a z głębi płynie nastrojowa muzyka poważna. Jest kolejną jaskinią, które utkwiły mi w pamięci.

Na koniec kilka słów o Micheilu Saakaszwilim. Często i wielu miejscach się go wspomina. Jest lubiany przez ludzi, z którymi rozmawiałem. W 2004 roku był przywódcą gruzińskiej bezkrwawej rewolucji róż. Cztery lata później bronił kraju przed rosyjskimi czołgami. Otwarcie krytykował Putina i Miedwiediewa, w czym wtórowali mu dwaj przyjaciele - Lech Kaczyński i Wiktor Juszczenko. Wspólnie deklarowali przyjaźń narodów Europy środkowo - wschodniej i ich niezależność od Rosji. Dlatego też nas Polaków identyfikowano z Kaczyńskim, czy się z tym zgadzaliśmy, czy nie. Od roku Micheil Saakaszwili mieszka poza Gruzją i jest obywatelem Ukrainy. Był w tym czasie gubernatorem Odessy, ukraińskiego miasta położonego nad Morzem Czarnym. Występował jako główny krytyk szefa rządu Arsenija Jaceniuka i jego ekipy. Jeszcze niedawno przymierzany był do funkcji premiera Ukrainy. W Gruzji oskarżony jest o przekroczenie uprawnień za czasów swojej prezydentury i jest ścigany listem gończym. Oskarżany o nadużycia władzy i korupcję nie przyznaje się do zarzutów. Dziś prozachodnia polityka, której przez lata hołdował, w Gruzji przeżywa kryzys. Na początku listopada 2016 roku Saakaszwili zrezygnował z funkcji gubernatora obwodu odeskiego. W ostatnim czasie oskarżał władze Ukrainy o przymykanie oczu na korupcję. Tym też motywował swoją decyzję o rezygnacji. Mianował go niemal półtora roku temu prezydent Petro Poroszenko. I to właśnie ukraińskiego prezydenta Saakaszwili wskazuje jako osobę, która ma wspierać korupcyjne układy.

I jak to często bywa, temat kończy się polityką. W Kutaisi byliśmy krótko, więc zbyt wiele wspomnień nie utkwiło w pamięci. Prym wiedzie Swanetia z ośnieżonymi kaukaskimi szczytami. Kraina odcięta od świata, do której jeszcze nie dociera rzesza turystów. Trudy rowerowej wspinaczki wynagradzają dzikie krajobrazy, zielone zbocza gór nad krętymi rzekami i niezapomniane wieże obronne rozsiane po wioskach. Zdecydowanie polecam, a ja zerkam teraz dalej na wschód, w stronę górskiej Chewsuretii i Tuszetii... 


Comments