2 Ukraina. Zakarpacie i Gorgany.


Karpaty Ukraińskie. Widok z Połoniny Równej. Wysokość około 1 400 m npm.


Część I. Medyka - Zakarpacie.

     To był mój drugi wyjazd na Ukrainę. Pierwszym razem zwiedziliśmy Lwów i udaliśmy się na północ w stronę granicy z Białorusią. Teraz ruszyliśmy we troje na dwa tygodnie w Karpaty Ukraińskie, Zakarpacie i Gorgany, zwane najdzikszymi górami Europy. Przejechaliśmy rowerami ponad 700 km. Wędrowaliśmy też pieszo po górach. Jest to Ukraina zupełnie odmienna od tej poznanej sześć lat temu. Również życie dla nas stało się o wiele tańsze. Hrywna uległa znacznej dewaluacji, potaniała 4 - krotnie. Podaję w tekście wiele cen, by przybliżyć tę sytuację. Zakarpacie to region bardzo specyficzny. Na najdalej na Zachód wysunięty skrawek Ukrainy, w Kijowie zawsze patrzono podejrzliwie, z obawami o separatystyczne tendencje wielokulturowego regionu. Bo to tam mieszka mniejszość węgierska, tam żyją Rusini. Jednocześnie region znajduje się trochę w izolacji, z dala od Kijowa i Lwowa.

Po przekroczeniu granicy w Medyce, wkracza się w inną rzeczywistość. Czas tu się dawno zatrzymał. Taka podróż w czasie. Biedne wsie i bardziej niż skromnie, żyjący ludzie. Po drogach jeżdżą stare samochody i furmanki. W tej rzeczywistości wyróżniają się cerkwie, po dwie – trzy w każdej wiosce. Piękne, kolorowe i zadbane. Duże, małe, drewniane (te najładniejsze) i murowane.  Drewniane są często porawdziwymi arcydziełami architektury cerkiewnej. Kapiące złotem, z niebieskimi, złotymi lub zielonymi dachami. Najładniejsze we wszystkich wioskach, chociaż wokół bieda. Na nabożeństwach przepełnione są wiernymi. Większa część jest wyznania greckokatolickiego lub prawosławnego.  

                            Kliknij na pokaz slajdów

                     lub link (pokaz nie zawsze działa)

Karpaty Ukraińskie. Gorgany.

Barwy narodowe Ukrainy są wszędzie. Szczególnie teraz, dla podkreślenia swojej odrębności, gdy państwo jest w stanie wojny. W wielu miejscach licznie wiszą flagi ukraińskie. Na niebiesko – żółto malowane są sztachety płotów, mosty, kapliczki, przystanki, murki. Również często spotyka się czerwono - czarne flagi Prawego Sektora, który zaistniał na Majdanie. Neofaszystowscy członkowie są przeciwni zarówno zbliżeniu z Rosją, jak i integracji z Unią Europejską. Odwołują się do tradycji Stepana Bandery. W wielu miejscowościach stoją wielkie pamiątkowe tablice ze zdjęciami osób poległych na Majdanie i na wschodzie Ukrainy. Pochodzili oni również z tych okolic. Niekiedy ludzie wspominali o poległych pochodzących z sąsiedztwa. Na Ukrainie obchodzony jest Dzień Bohaterów Niebiańskiej Sotni.

Ukraińskie przystanki są również zupełnie odmienne od naszych. Każdy inny, kolorowy z motywami patriotycznymi lub ludowymi. Strojne mozaikami, obrazkami ludzi pracy  w fabrykach, na traktorach, rolników z kłosami zbóż. Uroda, socrealizm i patriotyzm? Same budki wyglądają zwykle schludnie i kolorowo, natomiast wokół nich jest tradycyjnie po ukraińsku. Tak jest na północ od Karpat, natomiast na wschodnim Zakarpaciu raczej trzeba się domyślać, gdzie zatrzymują się "marszrutki". Są to napisy na kiju lub na płocie.

Jedynie drogi są wszędzie jednakowe. W asfaltach jest pełno głębokich dziur,

niekiedy asfaltu brakuje na długości kilku metrów. Wiele dróg jest nieutwardzonych, szutrowych lub kamienistych. Często auta i my, jeździliśmy poboczami, bo tam bywało nieco równiej. Można było jechać szybciej i niekoniecznie slalomem. Wiele emocji w upałach dostarczały przejeżdżające samochody, które wzniecały niemiłosierny kurz. Jeździło się więc po nawietrznej. To nic, że lewą stroną. Kraj jest pełen kontrastów i ciekawostek Zapamiętałem też stamtąd instrukcję wydrukowaną na papierze toaletowym, że należy go przechowywać w suchym miejscu i nie określa się okresu przydatności.

Naszym celem były Karpaty Ukraińskie, Zakarpacie i oczywiście Gorgany. Początek wyjazdu był deszczowy. Pierwszy nocleg wypadł nad brzegiem rzeki Uż w ulewie i temperaturze 5 stopni. Deszcz tłumił szum płynącej rzeki. Rano zaświeciło już słońce, w którym w odległości kilometra lśniły jaskrawo złote kopuły cerkwi na tle ciemnozielonego lasu. O siódmej włączono (!) dzwony. Ruszyliśmy na południe doliną rzeki Uż. Tego dnia dojechaliśmy do wsi Striłka, gdzie znowu padało. Do miejsca, w którym można było spokojnie rozbić namiot nad rzeką, doprowadziła nas napotkana kobieta. Kluczyła z nami wśród olbrzymich kałuż, tajemnymi ścieżynkami przez pół wsi, a na koniec koniecznie chciała zaprosić nas na kolację. Mając wreszcie przed sobą perspektywę suchego miejsca w namiocie, zdecydowanie odmówiliśmy i nie pomogły jej namowy. Pożegnaliśmy się. Jednak po pewnym czasie przyszła jej córka i znowu zaczęło się namawianie. Władała nieco polskim, ponieważ pracowała kiedyś w Warszawie, więc rozmowa nam się kleiła. Co chwilę dzwoniła jej matka i ponawiała zaproszenie. W końcu, gdy już rozłożyliśmy i oporządziliśmy obozowisko, ruszyliśmy na kolację. Było ciemno, a na piaszczystej wiejskiej drodze kałuż było co niemiara. Doszliśmy przemoczeni. W domu były trzy kobiety, babcia, matka i córka, i wszystkie miały na imię Marijki. Mieszkanie było czyste, domek zadbany, a poczęstunek był skromny ale wieczór upłynął w miłej atmosferze. Było ciasto i miętowa herbata z własnego ogródka. Opowieściom nie było końca i nie bardzo chciało się nam wychodzić w czeluść deszczowej nocy. Na drogę domowniczki chciały nam dać nawet gumiaki i parasole!

Stąd rano wyjechaliśmy jednym ze słynnych lokalnych pociągów - elektriczek, które kursują punktualnie, chociaż szarpią, telepią, mają drewniane ławki i są bardzo hałaśliwe. Zdecydowaliśmy się na pociąg, ponieważ chcieliśmy poznać  najbardziej malowniczą trasę kolejową ukraińskich Karpat Sianki - Wołosianka, biegnącą do Przełęczy Użockiej. W górnym odcinku linia kolejowa wiedzie wzdłuż polskiej granicy w Bieszczadach, gdzie widać słupki graniczne. Tutaj można bez problemu dojść do naszej granicy, w przeciwieństwie do Bieszczad, gdzie znajduje się park narodowy, w którym można poruszać się jedynie szlakami. Na długości 18 km przejeżdża się przez 6 tuneli (najdłuższy 908 m) i aż 27 wiaduktów. Trasa wznosi się 370 m 18 serpentynami w dolinie rzeki Uż. Co chwilę na ostrych zakrętach można obserwować wcześniej przebyte odcinki. Oprócz pociągów pasażerskich ze stacji w Siankach wyruszają w dół składy towarowe asekurowane przez 3 lokomotywy (dwie z przodu i jedna z tyłu). Linia powstała w 1905 roku dla połączenia centrum ówczesnej monarchii austro - węgierskiej ze Lwowem. Mieczysław Orłowicz napisał o niej – „najpiękniejsza linia kolejowa północnych Karpat".

Przy tunelach i wiaduktach (w innych rejonach również) stoją wojskowe budki z żołnierzami z karabinami i psami. Mała prędkość jazdy i czasami duża ilość pasażerów sprzyja nawiązywaniu kontaktów. Proponuje się tu kupno grzybów, koperku, prażonego słonecznika, ciepłych pierożków, skarpetek i wielu innych drobiazgów. Na taki najciekawszy Orient Express trafiliśmy w Gorganach. Były tam wagony z miejscami do leżenia, nie mające przedziałów. Widać kto co pije i z kim. Do takich wagonów szczególnie trudno jest wtaszczyć rower. Jest ciasno i trzeba niekiedy zdejmować sakwy, nie mówiąc, że wszystkie wejścia są bardzo wysokie i bez pomocy wejść się tam nie da. Wszyscy miejscowi podróżni wpychają się – tak jak u nas - ze swymi tobołami i kartonami na wyprzódki, jakby od tego życie zależało. Potem już są przyjaźni. Obsługa też pomaga, jak może. Raz nawet zamknęła jedno wejście, by podróżni nie przepychali się między rowerami. W jednym z wagonów, w zakamarku dostrzegłem wbudowany klasyczny samowar. Ten wagon zapewne przeznaczony był kiedyś na długie trasy. Taki anachroniczny WARS. Ukraińskie elektriczki to swoista historia. Nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet. Nigdzie nam się tu nie śpieszyło... Jeżdżą pomału, ale jeżdżą. Czasem co dwa dni. Cena biletu z rowerem to np. 2,50 zł na trasie 70 km.

Szczytowe partie najwyższych gór zajmują połoniny. Pierwszą zdobytą połoniną była Połonina Równa o wysokości 1479

m npm. To pasmo górskie ma około 15 km długości. Grzbiet jest szeroki i silnie pocięty dolinami. Na szczycie znajdują się opuszczone radzieckie instalacje wojskowe: baza rakietowa i koszary, do których prowadzi utwardzona droga z płyt betonowych, zbudowana przez radzieckich żołnierzy. Jeszcze w latach 90-tych działały tu radary namierzające działania wrogiego obozu, czyli NATO. Na szczyt pchaliśmy obładowane rowery ponad 10 km pod stromą górę. Tylko na krótkich odcinkach można było z trudem podjeżdżać. Temperatura spadała, a na GPS-sie obserwowałem powoli zdobywaną wysokość. Za każdym zakrętem odsłaniały się przepiękne widoki, które zachęcały do robienia zdjęć. Było wyżej i wyżej. Coraz większa przestrzeń odsłaniała się przed oczyma. Z każdą godziną było coraz zimniej. Przez większość drogi byłem sam, bo rozciągnęliśmy się gdzieś po serpentynach. Wszędzie panowała całkowita bezwietrzna cisza. Wszystkie okoliczne, odległe szczyty leżały poniżej i oświetlone były promieniami słońca. Na szczycie ołowiane chmury podświetlane resztkami słońca, nie wróżyły nic dobrego. Zaczął prószyć śnieg. Na górze śnieg leżał już prawie wszędzie. Temperatura wieczorem spadła do 1 stopnia. Nocleg spędziliśmy w temperaturze minus 2 stopni. Mokry namiot zesztywniał, jak karton. Rano trudno było rozsunąć zamek. Tropik pokryty był perełkami zamarzniętych kropel. Noc była prawie bezchmurna. Miliony gwiazd pojawiły się na niebie. Wzszedł księżyc. Spaliśmy na wypłaszczeniu przy ruinach dawnego polskiego schroniska. Podobno w nocy coś straszyło. 

Przez szczyty i grzbiety połonin biegła dawniej, do 1945 roku, granica Polski i Węgier (1938-1939), Polski i Czechosłowacji (1918-1939), austriackiej Galicji i Węgier (1867-1918), a przed 1772 – Rzeczypospolitej Obojga Narodów (województwa

ruskiego) i Królestwa Węgier. Znajdują się tu do dziś liczne polskie słupki graniczne i ruiny polskich schronisk, będące punktami orientacyjnymi w tym terenie, nie posiadającym do dziś zbyt dokładnych map turystycznych. Zjeżdżaliśmy przy prześwitującym słońcu z prószącym śniegiem. Śnieg długo jeszcze utrzymywał się na sakwie na kierownicy. Białe jego płaty odpadały z roweru. Zjazd nie był łatwy. Zjeżdżaliśmy powoli po nierównych płytach, prawie na stojąco, zatrzymując się na zdjęcia. Obserwowaliśmy rozległe przepiękne panoramy z bezleśnej połoniny, porośniętej tylko trawą. Niektóre dalekie szczyty oświetlało słońce, nad innymi wisiały ołowiane chmury z ciemnymi strugami deszczu. Dużo niżej wjechaliśmy w strefę lasu. Temperatura na górze wynosiła 3 stopnie, na dole po 10 kilometrach, w pierwszej wiosce Lipowiec wzrosła do 7 stopni. Grabiały dłonie zaciskane na hamulcach. To była połowa maja, rękawic nie miałem. We wsi skończyły się betonowe płyty i zaczął się szuter i kamienie. Miejscowi ludzie pijący piwo pod sklepem nie wierzyli, że na górze jest biało i że tam spędziliśmy noc. Wot, mołodcy - mówili. Litrowe piwo w plastykowej butelce kupione w przeddzień (kosztowało tu 18 hrywien czyli 2,90 zł) wróciło w sakwie z powrotem, ponieważ nie miałem ochoty go otwierać w tamtych okolicznościach przyrody, niepowtarzalnej. Rozpadał się deszcz. Udało się dopaść do myśliwskiej chatki zapamiętanej wczoraj na trasie. Zaparzyliśmy herbatę z mięty nazbieranej kilka kilometrów wcześniej, bo bardzo intensywnie pachniała przy drodze.

Po południowej stronie Karpat region i klimat jest już zupełnie inny - umiarkowany i ciepły. 

Na pograniczu Polski, Słowacji, Węgier i Rumunii (Ruś Węgierska, Zakarpacka) o jego odrębności decyduje przede wszystkim fakt, że jest to jedyny region na południe od Karpat zamieszkany przez ludność wschodniosłowiańską. Ruś Zakarpacka była przez prawie 1000 lat częścią składową Królestwa Węgier, a następnie, do końca I wojny światowej, Austro - Węgier. Od 1918 należała do Czechosłowacji. Pod koniec II wojny światowej (1944) została zajęta przez Armię Czerwoną i traktatem z 1945 roku pomiędzy ZSRR i Czechosłowacją, wcielona w skład Związku Radzieckiego. W 1946 roku Prezydium Rady Najwyższej ZSRR utworzyło obwód zakarpacki w ramach Ukraińskiej SRR. Po uzyskaniu niepodległości przez Ukrainę, stała się jej częścią.

Z gór zjechaliśmy na południe w pobliże granicy węgierskiej i dalej rumuńskiej. Jest to rejon o innym obliczu, bogatszy i zbliżony do Europy. Cały dzień jechaliśmy w deszczu, intensywniejsze opady przeczekując gdzieś pod dachami. Było 9 stopni. Czasem wychodziło słońce i przygrzewało, wtedy się rozbieraliśmy. Ostatecznie przed wieczorem utknęliśmy we wsi Poljana, która miała być uzdrowiskiem. Naprzeciw wzniesienia nad wioską, na którym rozbiliśmy namioty, wznosiły się trzy duże bloki, mające być sanatoriami, ale inwestor splajtował. Straszą teraz niedokończone. Po pasterzach krów, przejęliśmy dogasające ognisko pod wielkim dachem dawnego PGRu. Drewna nie brakowało, a kiełbaski wieźliśmy ze sobą. Wreszcie było ciepło, choć wokół lał deszcz. Rano też padało. Czekaliśmy w namiotach, czając się do dalszej jazdy. Analizowałem trasę i robiłem notatki. Dopiero przed południem, w prześwitach słońca, udało się ruszyć dalej.

Pierwszym miastem było 90 - tysięczne Mukaczewo, ładne i zadbane, podobne do naszych, europejskich. To już cywilizacja

dobrze nam znana. To już ten inny region. To nie Ukraina, to Zakarpacie, mówią. Dojechaliśmy główną asfaltową drogą, bardzo ruchliwą, ale na szczęście z poboczami. Centrum zadbane, z teatrem, europejskimi sklepami, zieleńcami, deptakiem i bulwarem nad rzeką Latoricą. Jego historia sięga IX wieku i jest jednym z najładniejszych miast Zakarpacia. Większa część historii związana jest z Węgrami, w granicach których leżało niemal bez przerwy do początku XX wieku. Mukaczewo i pobliski Użgorod przypominają miasta węgierskie, a nie znane z pozostałej części Ukrainy polskie grody, czy rosyjską prowincję. Oferuje wiele atrakcji, z których główną jest zamek górujący nad okolicą, a także monastyr św. Mikołaja i ratusz miejski.

Jednak tutaj przed rokiem doszło do strzelaniny i walk. Do strzałów na wschodzie Ukrainy w Donbasie, już przywykliśmy. Jednak strzelanina w spokojnym do tej pory Mukaczewie, tuż obok unijnych granic Węgier, Słowacji i Polski jest szokująca. W lipcu 2015 roku (wg Newsweeka), oddział zakarpackiego Prawego Sektora starł się z lokalną milicją lub jak twierdzi sam Sektor, z miejscową mafią i bandytami. W ruch poszły granatniki i automaty kałasznikowa. W okolicach stacji benzynowej na obrzeżach Mukaczewa stoczono regularną bitwę. Było kilkunastu rannych i kilku zabitych. Na Zakarpacie wysłano antyterrorystów Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, którzy w lasach osaczyli grupę bojowników Prawego Sektora. Na całej Ukrainie zapanowało wzburzenie. Tłumaczyć się musiał minister spraw wewnętrznych Arsen Awakow. Czy była to próba zbrojnego zamachu ze strony nacjonalistów? Może próba dywersji i destabilizacji na zachodnich rubieżach? Ręka Moskwy? Zmęczeni wojną Ukraińcy słusznie dopuszczali każdą ewentualność. Tymczasem tak naprawdę poszło o pieniądze i władzę na pograniczu.

Część II. Zabić kukułki.

W Mukaczewie nocowaliśmy w willowej dzielnicy na obrzeżu miasta przy aprobacie milicji. Tam zresztą wszystko wolno. Ukraina to wolny kraj. W dzień wreszcie świeciło słońce, wieczorem panowała temperatura w granicach 5 – 8 stopni. Pojawił

się księżyc prawie w pełni. Może wreszcie nastąpi poprawa pogody? Tutaj również (nie pisałem o tym wcześniej) kukułki dawały znać o sobie jak oszalałe. Wcześniej ich głosy też nam towarzyszyły. Niekiedy nawet było je widać. Czasu na tym wyjeździe mieliśmy dużo, humory dopisywały, to i niekończące się rozmowy biegły w różnych kierunkach. W uszy często wpadały nam kukania. Kukułki to zresztą osobna historia. Muszę ją opowiedzieć. Doszedłem tam do wniosku, że nie powinne żyć. Z uwagi na ich przebiegłość powinne być eliminowane. W domu poczytałem sobie o nich więcej. Ludowa ich nazwa to gżegżółka lub zazula. Przez nasze strony przelatuje w kwietniu - maju i sierpniu - wrześniu. Zimuje od środkowej i południowej Afryki aż po Azję Południową. Jest to pasożyt lęgowy (jedyny w Europie Środkowej) podrzucający jaja do cudzych gniazd, głównie wróblowatych. Wylęgają się już po około 12 dniach, szybciej niż pisklęta gospodarzy. Jeszcze ślepe, wyrzucają jaja lub już wyklute potomstwo gospodarza z gniazda, po czym ginie ono na ziemi. Młode kukułki między 4 a 7 dniem po wykluciu zaczynają wydawać żebrzący o pokarm głos, odpowiadający natężeniem całemu lęgowi gospodarzy. W wieku około 16 dni, wołając o pokarm, potrafią naśladować dźwięk o natężeniu wydawanym przez 3 a nawet 4 lęgi. Wskutek tego opiekunowie poświęcają nawet 17 godzin na dobę na ich karmienie. Gospodarze tracą tym samym całe swoje potomstwo tego okresu lęgowego. Jak więc można dopuszczać do takich dramatów w przyrodzie? Zabić kukułki! Często jeszcze słyszałem ich szydercze ku - ku. Brzmiało to jak "ku - ku, jeszcze żyję i  możesz mi nakukać".

Część III. Żyj albo giń.

Rano pokręciliśmy się trochę po Mukaczewie. Wypiliśmy kawę (11 hrywien - 1,80 zł, tu była droższa), zjedliśmy po hot – dogu (17 hrywien - 2,70 zł) i z bardzo ładnego dworca, w góry podjechaliśmy ponownie elektriczką. Bilet dla 1 osoby kosztował 12 hrywien, rower 6 hrywien, więc łącznie przejazd na trasie 70 km kosztował nas na osobę niecałe 3 zł. W pociągu jak zwykle, było prawie pusto, trzęsło, huczało itp. Wysiedliśmy na przełęczy w pobliżu dawnej polskiej granicy za Wołowcem, we wsi Skotarskie, gdzie diabeł mówi dobranoc. Przystanek znajdował się wysoko na stromym zboczu i musieliśmy zawiadowczynię zapytać o drogę do sioła. Myślała, że coś pokręciliśmy i radziła wsiąść do pociągu do Mukaczewa, który właśnie nadjeżdżał. Ciężko jej było zrozumieć, że tu właśnie chcieliśmy wysiąść, bo i po co?

Sprowadziliśmy z trudem rowery po stromej, śliskiej łące, prawie zjeżdżając na siedzeniach. Nad potokiem przedostaliśmy

się do wioski po kładce szerokości linijki, a tu znowu to samo. Co pobłądziliście? Zapytano zza płotu. Tu chyba rzeczywiście kończył się świat, a cywilizacja na pewno. Po drodze oczywiście lało. Tu świeciło słońce. W oddali widać było jaskrawobiałe ośnieżone szczyty. Przed nami długi zjazd. Dla takich chwil warto żyć.

Zmierzaliśmy do Synewirskiego Parku Narodowego słynącego z przepięknego jeziora, podobnego do naszego Morskiego Oka. Okolice słyną również z niedźwiedzi. Jakżeby więc tam nie dotrzeć? Zanocowaliśmy w górach pod Synewirem nad strumieniem Wołowiec, w pobliżu gospodarstwa, w miejscu wskazanym przez gospodarza. Była wysokość około 600 m npm. Wieczór był chłodny i wilgotny, było 6 stopni. Chłód i hałas potoku nie skłaniał tym razem do rozmów. Po kolacji zaszyliśmy się w namiotach. W nocy było minus 2. Później niebo trochę się przetarło i widać było księżyc w pełni, rozświetlający łąkę. Rano łąka zasnuta była chmurą, przez którą z czasem zaczęło przebijać słońce. Chmura powoli się podnosiła, odsłaniając kolejne fragmenty pobliskiego zbocza, a w końcu i sam wierzchołek góry. Na czubkach traw skrzyły się kropelki rosy. Dobra nasza.

Potok Wołowiec wpadał do większej rzeczki Terebla, wzdłuż której pięliśmy się mozolnie po resztkach asfaltu do Synewirskiego Jeziorka. Wyżej nawierzchnia stała się kamienista. Wstęp do Synewirskiego Parku Narodowego kosztował 15 hrywien (2,50 zł), kawa 10 hrywien (1,60 zł) i co najciekawsze – na straganie trafiłem na słoninę, którą po utargowaniu kupiłem za 25 hrywien (4 zł). Jadłem ją potem z upodobaniem przez dłuższy czas. Na końcu rowery trzeba było pchać przez około jeden kilometr. A samo jezioro? Ładne turkusowe oczko, otoczone górami z malutką tratwą dla turystów. Tłoczno wokół i zakopiańskie stragany. Jednak warto je było zobaczyć. To nie Kaszuby, jezior tam niedostatek. Sama droga warta była przejechania. Wioseczki i przysiółki zapomniane przez Boga i ludzi. Bieda i krajobrazy niespotykane gdzie indziej. Pogoda się poprawiła i przyjemnie chłonęliśmy tamte widoki. Obiad zjedliśmy w przydrożnej stylowej restauracji, kolibie huculsko – czesko – ukraińskiej. Niepowtarzalny wygląd, klimat i muzyka. Żadnych gości, przepyszne jadło i mili gospodarze. Dwa dania i piwo kosztowały 65 hrywien (11 zł). Posiedzieliśmy tu troszkę przy huculskiej muzyce i ruszyliśmy z biegiem rzeczki, która z czasem stawała się coraz poważniejszą rzeką. Nieśpiesznie zmierzaliśmy w Gorgany. 

I tu kolejny epizod tego regionu czyli ukraińskie drogi Zakarpacia u podnóża Gorganów. Tu liczy się refleks i chęć przeżycia. Żyj albo giń! Drogi w większości są szutrowe lub kamieniste, jak w wyschniętym potoku, pokryte warstwą kurzu. Trzeba bacznie spoglądać przed siebie i jechać całą szerokością drogi. Każdy przejazd samochodu wznieca tumany pyłu. Na szczęście aut nie ma zbyt wiele. Były jednak odcinki, gdzie przejeżdżały wielkie poradzieckie ciężarówki zwożące drzewo z lasów. Te były najgorsze. Zawsze starałem się jechać po nawietrznej, ale niewiele to pomagało. Każdy przejazd zapewniał kilka haustów specyficznego gorgańskiego powietrza. Czasem pojawiał się jakiś motocyklista, bez kasku oczywiście, na rozklekotanym motocyklu bez tablic rejestracyjnych. Ukraina to wolny kraj. Kiedyś wyprzedził nas motocyklista z workiem cementu na tylnym siedzeniu, sprawnie lawirując między dziurami. Szybko zniknął w oddali. Drogę zasnuły spaliny i kurz. A może była to smużka cementu? Czasem wlókł się zaprzęg konny. Często po drogach wędrowały krowy na z góry upatrzone miejsca. Częsty widok. Rano szły na pastwiska, po południu wracały do zagród. Czas dawno się tu zatrzymał. Zakarpacie z małymi wyjątkami, to piękna kraina, ale bieda tam, aż piszczy. Okolice są malownicze, niepowtarzalne, zaskakują za każdym zakrętem. Czasem narzucają się skojarzenia z Tyrolem. Swojsko i bezpiecznie. Zagubione w górach wioski i przysiółki zachęcają do wjazdu. Żyją tu otwarci ludzie z sercem na dłoni i poczęstunkiem na tacy. Jakoś wiążą koniec z końcem. Chętni do ugoszczenia, nie akceptują odmowy. Chętnie tam wrócę.

Część IV. Gorgany i Strimba.

Gorgany uważane są za jedne z najdzikszych gór Europy. Charakteryzują się dużymi różnicami wysokości względnych. Poszczególne pasma górskie oddzielone są od siebie głębokimi dolinami rzek. Powyżej górnej granicy lasu intensywnie rozwinięte jest piętro kosodrzewiny, utrudniające poruszanie się. Partie szczytowe pokrywają rumowiska skalne (gołoborza), lokalnie zwanych gorganem (stąd nazwa), Połoniny są rzadko spotykane. Zaludnienie jest niewielkie, brak jest większych osad. Brakuje również zagospodarowania turystycznego. Po 30 przedwojennych polskich schroniskach, pozostały tylko ruiny. Dopiero od niedawna zaczęto znakować szlaki turystyczne. Jednymi z najlepszych punktów orientacyjnych pozostają przedwojenne słupki graniczne. Jak wcześniej wspomniałem, biegła tu granica Polski z Czechosłowacją, a w 1939 roku z Węgrami).

W Gorganach celem była oczywiście góra Strimba. jeden z najwyższych szczytów Gorganów, zapewniający ekstremalne przeżycia. Wznosi się on na wysokość 1 719 m npm. Zatrzymaliśmy się w jednej z największych zakarpackich wsi Kołoczawa, leżącej w dolinach paru rzek i liczącej kilka tysięcy mieszkańców. To baza, z której wszędzie jest najbliżej. Na drogach stada krów chodzących środkiem drogi, nawierzchnie asfaltowe i kamieniste. Kilka muzeów oraz skansen (40 hrywien, niecałe 7 zł), przy

drogach pomniki. Dwa noclegi spędziliśmy w pensjonacie u podnóża góry nad rzeczką Suchor. Dostaliśmy do dyspozycji całe piętro domu, a wieczorem zostaliśmy zaproszeni przez gospodarzy na poczęstunek. Na szczyt ruszyliśmy skoro świt, a pogodę tym razem mieliśmy wyśmienitą. Było słonecznie i bezwietrznie przez cały dzień. Ruszyliśmy od zachodniej strony, rozmaitymi ścieżynkami, po których nie wiedzie żaden szlak. Drogę wskazała nam młoda Ukrainka, chodząca tam na grzyby i jagody. Znała tylko ukraiński, więc nie do końca się rozumieliśmy. Na szczęście owe ścieżynki zaznaczone miałem w GPSie. Ale i tak kilkakrotnie udało się nam je zgubić i brnęliśmy przez gęste lasy, chaszcze i buczyny, na czuja. Mijaliśmy łączki i ponownie wchodziliśmy w gęstwinę. Przeskakiwaliśmy potoki. Na którejś z kolei łączce weszliśmy wreszcie na szerszą leśną dróżkę, biegnącą od centrum wsi. Po drodze wśród wysokiej kosodrzewiny, znaleźliśmy się w scenerii przypominającej krainę Wiedźmina. Nie spotkaliśmy go jednak, ani też nikogo innego. Cały dzień byliśmy sami. Tylko ogrom gór. Całkowite odludzie. To nie nasze Bieszczady, gdzie ciągle trzeba odpowiadać "dzień dobry". W szczytowych partiach ścieżynka okrążała połowę góry, wyszliśmy ponad granicę lasów i na szczyt zaczęliśmy podążać od północy. W zagłębieniach leżały duże płaty śniegu. Stąd mieliśmy już rozległe widoki. Przezroczyste powietrze umożliwiało podziwianie bardzo odległych pasm górskich i pojedynczych szczytów. Na szczyt Strimby doszliśmy trawiastą, stromą granią. Najwyższe partie pokryte były zielonkawo – żółtym rumoszem, owym słynnym gorganem. Ten kolor nadają im porosty. Od 2001 roku wierzchołek zwieńczony jest krzyżem ustawionym na kamiennym kopcu. Ziścił się nam kolejny dzień ukraińskiego snu. Nie chciało się wracać. Wzięliśmy na pamiątkę próbki skał. Do Kołoczawy zeszliśmy niebieskim szlakiem.


Nazajutrz, po komfortowym noclegu w tym samym apartamencie, ruszyliśmy na południe w kierunku rumuńskiej granicy. Opuszczaliśmy Huculszczyznę i Synewirski Park Narodowy, mijając Połoninę Krasną, wjeżdżaliśmy w górskie pasmo Świdowiec. Ale najpierw tuż za Kołoczawą, wędrując drogą narysowaną w elektronicznych mapach (np. Google Maps jako T0728) przeżyliśmy coś, co nam się już chyba nie powtórzy. Był to kolejny epizod snu o Ukrainie, gdy droga postanawia

połączyć się z potokiem. Pokonanie odcinka 10 km zajęło nam 7 godzin! Kolejny dzień ekstremalnych przeżyć. Była to droga do wsi Niemiecka Mokra. Narzekasz u nas na drogi? Poważnie? Wybierając się na Ukrainę, zapomnij o planowaniu. Ta myśl powracała jak mantra. Najpierw był asfalt, a potem droga stawała się coraz gorsza i węższa, przechodząc w gliniaste koleiny. I nic to, że miejscowy człowiek powiedział, że jest przejezdna. Potem było pchanie oblepionych błotem rowerów, wąwozem do przełęczy. Czasem we dwójkę, bo samemu nie dawało się rady. Błoto było wszędzie. Nawet z góry rower nie bardzo dawał się sprowadzać. Odpoczęliśmy chwilkę na Przełęczy Prisłop z przestrzelinami na tabliczkach informacyjnych i gdy na górze wydawało się, że już może być tylko lepiej, to dopiero się zaczęło. Jak w filmie Hitchcocka, napięcie rosło. Sprowadzaliśmy rowery 2 km potokiem, który coraz bardziej przybierał na sile. Ale po kolei. Najpierw strumyk zamienił się w rzeczkę. Ta rzeczka wpadająca do Mokrjanki, nawet nie ma swojej nazwy, a takie piętno na nas odcisnęła. Na początku wydawało się, że są to tylko pojedyncze kolejne brody przez strumyk. Wystarczyło czasem zdjąć buty. Potem już gliniasta droga na dobre weszła w koryto rzeczne i zniknęła. Rzeczka płynęła wąwozem o stromych i wysokich ścianach. Bez rowerów też nie wdrapalibyśmy się na górę. Zabrnęliśmy już tak daleko, że nie było odwrotu. Obawiałem się tylko, by za kolejnym zakrętem nie pojawił się wodospad. Rzeczka była rwąca, po kamieniach trzeba było stąpać bardzo ostrożnie, często pod bryzgami wody nie było ich widać. Lodowata woda nie robiła na nas wrażenia. W ten traperski sposób po 2 kilometrach, ale z żartami, śmiechem i śpiewem na ustach – z echem w wąwozie - dotarliśmy do wioski Niemiecka Mokra i wylaliśmy uroczyście wodę z butów. Gdy pojawiliśmy się we wsi od strony gór, ludzie nie mogli uwierzyć, że przebrnęliśmy tamtędy z rowerami. Tak kształtują się charaktery.

Część V. Pożegnanie z Huculszczyzną i powrót do cywilizacji.

Kolejny nocleg spędziliśmy nad huczącą rzeką Mokrjanką, na początku słynnej Drogi Legionów Polskich. Pomalutku wjeżdżaliśmy w rejon ucywilizowany. Zafundowaliśmy więc sobie obiad w ładnej restauracji pod parasolami, bo wreszcie było ciepło. Jej wnętrze było urządzone bardzo gustownie i ciekawie. Był rosół, dewolaj, surówki i kwas chlebowy (a jakże, chociaż czasami zamawialiśmy różne miejscowe piwa) za 120 hrywien (około 20 zł). Podarowaliśmy sobie odrobinę luksusu w nagrodę za poprzednie trudy. Luzik i zadowolenie. Potem skusiły nas słone jeziorka i domki wypoczynkowe nad nimi, w lokalnym kurorcie Sołotwino przy rumuńskiej granicy. Nawet zamierzaliśmy nocować nad nimi, ale chmary komarów zaciekle broniły dostępu. Taki niewypał. Same jeziorka też bardziej przypominały zarośnięte glinianki. Potem jechaliśmy wzdłuż granicznej dużej rzeki Cisy. Te okolice były bogatsze. Stały murowane domy, miejscami było wiele olbrzymich rezydencji zbudowanych z przepychem, ale bez żadnego stylu i smaku. Przypominały zamki bajkowego Gargamela. Samochody też europejskie, przeważnie duże, czarne i z ciemnymi szybami. O wiele ciemniejszymi, niż dopuszcza się u nas. Skąd tu taka

fortuna? Może ze względu na strefę przygraniczną? Spaliśmy w owym kurorcie w miejscu, do którego zaprowadził nas ktoś miejscowy. Tak zwykle znajdowaliśmy noclegi. Noc była ciepła i sucha, było 12 – 16 stopni. Nazajutrz ruszyliśmy dalej. Drogi od dawna już były asfaltowe, nawet niezłe. Po drodze natknęliśmy się na patrol policyjny. Tu właśnie była policja, wcześniej spotykaliśmy milicjantów. Na moje „dzień dobry” dwóch odpowiedziało tak samo, ale trzeci odpowiedział „sława Ukrainie”. Z czasem zrobiło się chłodniej, ale wciąż jechaliśmy ubrani „na krótko”. Za graniczną szeroką rzeką Cisą widać rumuńskie zabudowania i kościół w Lunca la Tisa. Zdarzają się podjazdy. Za TIRami ciągną się wielkie smugi spalin. Znowu natknęliśmy się na liczny tym razem, patrol policji i Straży Granicznej. Razem sześciu chłopa. Kontrolowali tylko samochody. Z miejscowości Dilowe skręciliśmy na północ do Rachowa, zamierzając dotrzeć do geograficznego środka Europy. Tutaj więc szczególnie czuliśmy się Europejczykami. Oprócz tego miejsca istnieje kilkanaście innych punktów w promieniu 2 000 km, uważanych za „środek Europy”. Znajdują się na terenie Austrii, Białorusi, Czech, Estonii, Litwy, Niemiec, Rumunii, Słowacji, Słowenii i Polski (w Suchowoli koło Białegostoku, jest tam obelisk). Zjawisku temu reżyser Stanisław Mucha poświęcił film dokumentalny Środek Europy (2004). Niemniej jednak ten ma certyfikat Ministerstwa Geodezji ZSRR, więc jest chyba środkiem środków, najważniejszym wśród wielu innych? Na miejscu jest obelisk, państwowa tablica potwierdzająca ten fakt - a jakże - oraz góralskie stragany, turyści, itp. Nabyłem tu drogą kupna, niewielka flagę ukraińską za 10 hrywien (1,70 zł) którą umocowałem na kierownicy.

Za Sołotwinem linia kolejowa przeszła na stronę rumuńską, nie ma tu więc połączeń kolejowych. Jak myślicie, czyja to sprawka? Ukraińska kolej kursuje dopiero od Rachowa. Jedziemy w jego kierunku wielką doliną rzeki Cisy przez Karpacki
Rezerwat Biosfery. Jest to rejon turystyczny z Muzeum Ekologii Karpat. Biegnie tędy główna droga z Rumunii (koło Dilowe jest przejście graniczne) do Iwano – Frankiwska (pol. Stanisławów) i dalej do Lwowa. Stąd niedaleko  już było do Wesołego Cmentarza w Rumunii. Droga jest spokojna, ruchu prawie nie ma. Zupełnie inaczej niż wczoraj, gdy spotykaliśmy rejestracje z różnych krajów CS, RO, SL, LIT, F. Opuściliśmy strefę nadgraniczną, jest cicho i kwitną akacje. Sklepo – kafejki zachęcają do posiedzenia. Kawa 5 hrywien ( 0,80 zł), smaczne bułki drożdżowa 3,50 hrywny (0,60 zł) Ukwiecone obejścia. Znowu luzik. Gdzieś dalej na północy w dolinie Cisy, gdy akurat jechałem sam, zatrzymał mnie mały niespełna 10 – letni, ładnie elegancko ubrany na sportowo, chłopczyk z plecaczkiem, jadący rowerkiem i niespokojnie spytał o drogę do Mukaczewa. Zdumiałem się niezmiernie, bo to prawie 200 km! Czyżby to było nieporozumienie? Mówił płynnie po rosyjsku. Zamieniliśmy kilka zdań i niepocieszony ruszył dalej lewą stroną drogi, podając na pożegnanie spoconą rączkę. Powiedział po ukraińsku „do pobaczenia” i odjechał. Dokąd zmierzał? Odnalazł rodziców? Z kim ja właściwie rozmawiałem?

Z Rachowa do Worochty pojechaliśmy znowu elektriczką, tylko spalinową. Odległość wynosiła 70 km, a bilet dla jednej osoby z rowerem, kosztował 15 hrywien. Jechaliśmy więc 2 godziny za 2,50 zł. Trasa wiodła krętą doliną Czarnej Cisy pomiędzy Pasmem Świdowca a Czarnohorą. Nad doliną przechodziły ulewy, a między nimi świeciło słońce. Czarna Cisa niosła jasnobrunatne wzburzone wody, zabarwione spłukiwaną gliniastą zwietrzeliną. Miejscami w dolinach wisiały chmury. Linia kolejowa wiła się serpentynami pod górę, wjeżdżaliśmy w tunele i w pustym wagonie przechodziliśmy z lewej strony na prawą i odwrotnie, fotografując co się da. Cieszyliśmy się, że nie mokniemy. Pod samą Worochtą minęliśmy słynny nieczynny, kamienny wiadukt, podobny do tych w Stańczykach. Ten pociąg był inny od poprzednich. Nazywał się "diesel – pojezd" i cuchnął ropą. Weszliśmy wejściem tuż przy maszynie, z podestem śliskim od ropy. Miałem wrażenie, że znajduję się starodawnej łodzi podwodnej lub w czołgu. Hałas silnika był niemiłosierny, nawet na postoju trzęsło potężnie. Z niegazowanej wody mineralnej w bidonie, zrobiła się gazowana. Najlepiej te drgania pokazuje nakręcony filmik. Również flaga na kierownicy drżała jak w delirium. No ale cóż można chcieć za 2,50 ? Na głowę nie padało i pociąg jechał punktualnie, chociaż pomału.


  Część VI. Ze stolicy Hucułów do Polski. 


Worochta leży na Pokuciu na pograniczu Gorganów i Czarnohory, na wysokości 750 m npm. Przed II wojną była miastem polskim. W jednej z restauracji ujrzeliśmy na ścianach wiele polskich zdjęć z polskimi nazwami tutejszych willi, lokali i znanych miejsc. Do Worochty dotarliśmy w deszczu, więc postanowiliśmy poszukać noclegu pod dachem. Koniec języka za przewodnika. Obsługa stacji kolejowej pokazała nam pobliski pensjonat, gdzie zajęliśmy całkiem przyzwoity drewniany domek w cenie 100 hrywien za osobę (16 zł). Czysto, schludnie. Wyposażenie sanitariatów, również w tym domku, pochodzi z Polski. Producent to Cersanit lub Koło. 5 tysięczne miasteczko zwiedzaliśmy w deszczu. Jest to miejscowość uzdrowiskowa, znana przede wszystkim ze względu na Hucułów i uważana za ich stolicę. Jest znanym centrum sportów zimowych i jednym z ważniejszych ośrodków turystycznych kraju. Atrakcję stanowią 2 huculskie cerkwie, w tym jedna z XVII wieku oraz kamienny wiadukt kolejowy na Prucie z XIX wieku. W 1922 roku wybudowano tu skocznię narciarską, trzy lata wcześniej od Wielkiej Krokwi w Zakopanem. Dawną świetność miasta poznać można po wielkich, pięknych drewnianych willach w stylu zakopiańskim. W centrum raczej bałagan, kiepskie nawierzchnie i zdezelowane auta. Jednak tak zniszczonych i niekompletnych aut, jak w górskich partiach Karpat, nigdzie się nie spotka. Jest wiele drobnych sklepików i budek z dużą różnorodnością artykułów spożywczych i odzieży. Natknęliśmy się na sklep, w którym były worki, gdzie można było kupić na wagę cukier, makarony, kaszę, ryż, pszenicą. Przy jednej z ulic dostrzegliśmy drzewo z obłamanym konarem, w którym ludzie dojrzeli jakieś święte oblicze i które stało się miejscem kultu. Obwieszone było obrazami świętych i wieńcami. Stały pod nim płonące świeczki.

Obiad zjedliśmy w regionalnej restauracji. Zamówiłem barszcz huculski oczywiście, domowe pierogi i kawę. Przestało padać. Ruszyliśmy więc dalej na zwiedzanie. Na spacerze na deser gryźliśmy chałwę w wielkich ilościach. Jest jej wiele gatunków o różnych smakach i jest tania. Zajadaliśmy się nią w czasie całego pobytu. Była pysznym składnikiem menu. 270 gramowe kostki kosztowały tu 13,50 hr (2,30 zł). Dostępna też była zwykła, krojona, znacznie tańsza (przy granicy 1 kg kosztował 42 hrywny - 6,70 zł).

Ze względu na kończący się nam czas eskapady, w stronę polskiej granicy postanowiliśmy podjechać pociągiem. Szukaliśmy połączeń przez Stryj lub Lwów. Okazało się, że do Lwowa jeżdżą tylko dalekobieżne, nie zabierające rowerów. Do granicy mieliśmy około 300 kilometrów, a trasa biegła w poprzek pasm górskich i dolin rzecznych. Spodziewaliśmy się więc licznych podjazdów, a czasu było niewiele. Elektriczka miała jechać dopiero za 3 dni z uwagi remonty torów. Na poprzedniej stacji w Rachowie, nie potrafiono nam podać połączeń. Taki już urok tutejszej komunikacji kolejowej. Ale obsługa jest miła i pomocna. Na którejś stacji czekaliśmy na peronie, bo pociąg znacznie się spóźnił i podziwialiśmy maszynistę, który krążył wokół maszyny i szmatą skrupulatnie wycierał poszczególne jej detale. Maszyna czarna, szmata też, ale robił to wytrwale. W pewnym momencie wszedł do środka i starał się uruchomić silnik diesla. Kilka razy silnik zawarczał i nic, ale w końcu zaskoczył i wtedy zaczęło się widowisko! Zahuczało potężnie, a maszynę i cały peron w pobliżu, a potem i okolicę, zasnuła gęsta, czarna chmura dymu. Trochę to trwało, aż z wnętrza wyskoczył maszynista. Myślałem, że chce zaczerpnąć powietrza, ale on jakby nigdy nic, w ustach miał papierosa. Przez głośniki zapowiadano jakieś pociągi, ale po ukraińsku, więc niezbyt zrozumiale. W pewnym momencie, gdy staliśmy wśród wielu podróżnych na peronie, podeszła kobieta pracująca w informacji, która już skończyło pracę i sama wyjaśniła nam, jak to jest z tym spóźnionym pociągiem. Żartując (miała wiele złotych zębów, często tu tak bywa), poradziła trzymać się trzech kobiet z tobołami, które jadą w naszym kierunku. W końcu znalazł się jakiś pociąg do Iwano – Frankiwska po godzinie 16, co przy deszczowej pogodzie wróżyło nam u celu, noc na dworcu. Znowu szczególnie trudno było załadować rowery, bo sam wagon był inny niż dotychczasowe. Wewnątrz też nie było na nie wygodnego miejsca i stały między ławkami. Obsługa zamknęła jedno z wejść, by nam podróżni nie przeciskali się między rowerami, to nam ułatwiło podróż. Jechaliśmy chyba 3 godziny za 3,40 zł (osoba 14 hrywien, rower 7 hrywien). Ten wagon był wagonem z miejscami do leżenia. To dopiero przeżycie. Taka podróż w czasie, widywana na filmach. Wagon nie posiadał przedziałów, widać było kto z kim podróżuje i co pije. Tak jak inni, przysypialiśmy trochę. Ciekawym rozwiązaniem były możliwości konfiguracyjne miejsc siedzących i leżących. Było wiele możliwości.

W Iwano -Frankiwsku mieliśmy okazję obserwować odjazd dalekobieżnego pociągu do Kijowa. Ciągnęły go trzy spalinowe lokomotywy i składał się tylko z wagonów sypialnych, a było ich dwadzieścia. Długi skład. Na peronie było duże poruszenie, było wielu odprowadzających. Takie lokalne wydarzenie. Objechaliśmy rowerami okolice dworca – dużego, zadbanego i ładnego, i pojechaliśmy do Stryja elektriczką za 24 hrywny na osobę (3,80 zł), podróż trwała 4 godziny. Później już udaliśmy sie dalej rowerami przez Drohobycz, uzdrowisko Truskawiec i Sambor do Przemyśla. W Drohobyczu znów lało, jak przed laty. Zaprowadził nas pod dach kawiarenki miejscowy rowerzysta i rozpoczęły się dysputy polityczno – gospodarczo – porównawcze. Jura mówiący po polsku, był zdecydowanie przeciwny Unii Europejskiej i twierdził np., że Unia burzy kościoły, bo widział film, na którym dźwig zdejmował kościelną kopułę do zniszczenia. Oczywiście, wszystkiemu winni są masoni. Nie wierzył, że w Polsce Unia nie ingeruje w wiarę. Herbem Ukrainy jest złoty trójząb na niebieskiej tarczy. Według Jury to dwa ptaki – z góry szybuje gołębica - Duch Święty, u dołu jest łabędź z wyciągnięta szyją. Niebiesko – złota flaga Ukrainy powinna mieć barwy odwrócone: żółty na górze – oznaka boska (światłość), a niebieski u dołu – woda. Jura nie skorzystał z uzyskania Karty Polaka mimo, że miałby ułatwione wyjazdy do Polski.

W Samborze trafiliśmy na bardzo dobrze zaopatrzony sklep o standardzie naszych delikatesów. Woda mineralna 3,5 – 7,5 hrywien, bułki podobne do drożdżówek, ale z ziemniakami, po 3 hrywny (0,50 zł). Aż musiałem wrócić, bo tak mi zasmakowały. Kupiłem jeszcze chleb, banany, pomidory, ser, pączki. Dodałem na koniec, przyprawioną na ostro słoninę z ziołami, żeby zabrać do domu, ale już mi tak nie smakowała, jak ta wcześniejsza kupiona u babuszki w Synewirskim Parku Narodowym. Nocowaliśmy za Samborem pod gwiazdami. Już od dawna nie padało. Wieczór był cichy i ciepły, 15 stopni. Rano wydarzyła się zaskakująca historia. Dobry sen, a może jakieś halucynogenne olejki eteryczne, pomieszały kierunki moim współtowarzyszom doli (bo o niedoli nie można mówić na tak wspaniałym wyjeździe). Zdecydowanie odmówili jazdy we właściwym kierunku, mimo że miałem GPS, według którego jechaliśmy całe dwa tygodnie. Długo się przekonywaliśmy, aż dałem spokój. Musiałem podjąć drastyczną decyzję, żeby nie doprowadzić do sprzeczki. Pojechałem sam dając im czas do namysłu. Postanowiłem poczekać za którymś zakrętem, aż wróci rozsądek. Po dłuższej chwili dogonili mnie ze śmiechem, zdyszani. Do dzisiaj nie mogę tego zrozumieć, dlaczego tak nagle straciłem ich zaufanie.

W pobliżu granicy wracaliśmy ta samą trasą. Odcinek drogi szutrowej wśród asfaltu, który w tamtą stronę wydawał nam się długi, teraz minął szybko. Coś jak w życiu, gdy miewa się różne plany, krótkie i dalekowzroczne, a z perspektywy czasu wszystkie szybko mijają.

Pod polskim kościołem redemptorystów pojawiła się trzyletnia Katia i poprosiła o cukierki. Była tak sympatyczna, że odeszła z pełnym naręczem smakołyków. Wcześniej zdarzało się, że w czasie przejazdu przez wioski, dzieci w różnym wieku prosiły nas o bonbony i pieniądze. Niekiedy były nachalne i nawet szarpały za bagaże.

Przed granicą w Mościskach zatrzymaliśmy się na pizzę (średnia pizza 64 hrywny - 10 zł), kwas chlebowy, kawę i lody. W odciętych od świata górach, jak wspominałem, dodawaliśmy niekiedy jeszcze jakieś lokalne piwo do posiłków. Zsunęliśmy stoliki z Polakami - rowerzystami, którzy też przyjechali na posiłek i długo wymienialiśmy się doświadczeniami. Zrobiliśmy ostatnie zakupy. Dla porównania dodam, że pół litra ładnej wódki kozackiej kosztowało 57 hrywien (9 zł). Po polskiej stronie podobną, babuszka miała za 7 zł. Ostatni nocleg postanowiliśmy spędzić jeszcze po ukraińskiej stronie, przy granicy, również pod dachem. Zapytaliśmy o niego w sklepie i po chwili przyszła znajoma sklepowej i zaprosiła nas do siebie. W międzyczasie siedzieliśmy pod parasolami przy kwasie chlebowym, gdy dosiadł się do nas podchmielony młody chłopak w mundurze, jak się okazało - Straży Granicznej. Zapałał do nas wielką sympatią i nalegał, by Polska będąca w Unii, pomagała Ukrainie. Na nocleg do dyspozycji nieodpłatnie dostaliśmy cały dom i gospodarstwo. Biedne to było obejście. Mimo odmów rozliczyliśmy się jednak. Rano już pod nieobecność gospodyni, mieliśmy tylko zostawić klucze pod wycieraczką.

Tak odmienny i tak bliski to kraj. Pełen kontrastów. Ubodzy i uczynni mieszkańcy, wspaniałe krajobrazy i zróżnicowany klimat zachęcają do powrotu. 


Karpaty Ukraińskie. Zakarpacie. Gorgany.



Comments